Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa/herbata/napoje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa/herbata/napoje. Pokaż wszystkie posty
piątek, 7 listopada 2014
wtorek, 9 kwietnia 2013
321. Martini bianco - tag 3
Kolejny tag z kawiarnianej zabawy.
Martini bianco to wermut, a wermut jest lepko-słodko-gorzki.
"Prawda działa jak gorzkie wino: jest przykra w smaku, lecz dobrze wpływa na trawienie".
Bawiłam sie jak dziecko, plamiąc papier tuszami i mażąc na złoto :)
Moją partnerką w tagowej wymianie jest Bronka.
Martini bianco to wermut, a wermut jest lepko-słodko-gorzki.
"Prawda działa jak gorzkie wino: jest przykra w smaku, lecz dobrze wpływa na trawienie".
Bawiłam sie jak dziecko, plamiąc papier tuszami i mażąc na złoto :)
Moją partnerką w tagowej wymianie jest Bronka.
Labels:
kawa/herbata/napoje,
menu,
mixedmedia,
moje tagi,
poszło w świat!,
wymiany,
wyzwania,
zabawy blogowe
czwartek, 14 marca 2013
315. Tag kawowy 2
Mój pierwszy pomysł to było użycie dziecięcego wierszyka, którego pamiętam zaledwie dwa wersy:
Prosiła raz kawka kawkę
do komina na małą kawkę...
I dalej, rozstąp się ziemio, nic, ani dalszego ciągu, ani autora. Nawet Mr. Google nie pomógł, a podobno czego nie ma tam, nie istnieje.
Tag z recyklingowej tektury falistej, filiżanka i napis z jakiejś ulotki, ptaszki z dziurkacza Kardamonowej, kawowe kółeczko z pudełka kolażowego i wielka radość ciapania turkusową akrylówką, chlapania tuszami alkoholowymi i psikania glimmer mistem.
Zdjęcia niedobre, pierwsze przy dziennym świetle, wyraźniejsze, za to kolory przekłamane. Drugie z lampą błyskową, niewyraźne, za to kolory bliższe rzeczywistości i widać błysk turkusowego glimmer mista.
Moją partnerką w wymianie w Collage Caffe jest Rumianek.
Labels:
kawa/herbata/napoje,
menu,
mixedmedia,
moje tagi,
poszło w świat!,
ptaszek,
recykling,
turkus,
wymiany,
zabawy blogowe
czwartek, 14 lutego 2013
311. Tea tag 1
Kawiarniana zabawa w MENU, pierwszy punkt: herbata. Tag na dany temat trzeba było zrobić i przesłać wylosowanej parze w wymianie do 14 lutego. Moją herbacianą parą jest Michelle.
Pierwsze artystyczne skojarzenie z herbatą to piosenka Zespołu Adwokackiego Dyskrecja. To moja miłość od pierwszego wysłuchania lata temu.
Jak to u mnie zazwyczaj, głównie recyklingowo, chociaż dwa skraweczki papieru skrapowego da się wypatrzyć. Tekturowy czajnik dostałam kiedyś z jakiegoś sklepu internetowego w ramach przeprosin za (niewielkie) opóźnienie dostawy. Doprawdy nie było to konieczne, ale zachowanie właścicielki - duża klasa! Szkoda, że już nie pamiętam, o który to sklep chodziło. Czajniczek pomalowałam akrylówką, pokropkowałam białym żelopisem i polakierowałam odżywką do paznokci :)
Do tego wodnistobłękitny koralik, lazurowy ćwiek (jego uroda nie wyszła na zdjęciu) i blaszany listeczek ze zdekompletowanego kolczyka.
Jestem całkiem zadowolona, mam nadzieję, że sprawi radość Miszelce.
Labels:
chmurki,
kawa/herbata/napoje,
menu,
moje tagi,
niebieski,
poszło w świat!,
wymiany,
zabawy blogowe
sobota, 27 października 2012
286. To był dobry dzień
Nie chwal dnia przed północą, powiada ludowa przestroga, toteż chwalę po północy ;)
Po bardzo wyczerpującym tygodniu pracy, tym trudniejszym, że w towarzystwie jadowitego przeziębienia nadszedł wreszcie oczekiwany weekend.
Dzisiaj istny kalejdoskop zmian pogody, od ochłodzenia w nocy, co dało rankiem krupy śniegu na samochodach, przez zimny wiatr w dzień aż po olśniewające słońce po południu. Niestraszny chłód, gdy odzienie ciepłe, ciśnienie wysokie i całe dwa wolne dni przede mną.
Zatem zamiast prosto do domu pojechałam tramwajem do Jelitkowa i cieszyłam się spacerem w słoneczne, coraz krótsze popołudnie.
I wkrótce miniemy jedną z ładniejszych tutejszych willi - willę Claaszena, siedzibę Muzeum Sopotu:
I na koniec jedna z moich najulubieńszych piosenek herbacianych:
Słuchamy klik.
Po bardzo wyczerpującym tygodniu pracy, tym trudniejszym, że w towarzystwie jadowitego przeziębienia nadszedł wreszcie oczekiwany weekend.
Dzisiaj istny kalejdoskop zmian pogody, od ochłodzenia w nocy, co dało rankiem krupy śniegu na samochodach, przez zimny wiatr w dzień aż po olśniewające słońce po południu. Niestraszny chłód, gdy odzienie ciepłe, ciśnienie wysokie i całe dwa wolne dni przede mną.
Zatem zamiast prosto do domu pojechałam tramwajem do Jelitkowa i cieszyłam się spacerem w słoneczne, coraz krótsze popołudnie.
Obsypane wciąż niedojrzałymi owocami zimowe jabłonki przypominają, że tu gdzie przystanek autobusu przy rondzie jeszcze niedawno były ogródki.
Słońce już bardzo nisko. Złocista plama na wodzie zapowiada niedaleki zachód słońca. Ledwo widać, ale widać port gdyński z plaży gdańskiej. Jest nawet żaglówka.
Jak śpiewa Wojciech Młynarski:
W berżeretkach, balladach, kanconach
bardzo rzadko jest mowa o wronach,
a ja mam taki gust wypaczony,
że lubię wrony.
Los im dolę zgotował nieletką,
cienką gałąź i marne poletko,
Czarne toto i w ziemi się dłubie,
a ja je lubię.
A teraz z Sopotu przy dobrej woli dostrzeżemy port gdański:I wkrótce miniemy jedną z ładniejszych tutejszych willi - willę Claaszena, siedzibę Muzeum Sopotu:
I na koniec jedna z moich najulubieńszych piosenek herbacianych:
Gdy już apteki przenika październik
i nie ma leków na smutek i katar
Jedyny Stwórca dał nam
medykament,
To w szklance mocna, gorąca herbata.
Gdy z fortepianem się w domu zamykam,
To śpiewam głośno na chwałę czajnika.
Układam sonet z herbacianych listków,
Na dobrotliwy czajnik z gwizdkiem.
Wypływa na senne morze,
Cudowny, Blaszany Parowiec.
W obłoku pary odmienia,
Serca zmartwione jesienią.
To w szklance mocna, gorąca herbata.
Gdy z fortepianem się w domu zamykam,
To śpiewam głośno na chwałę czajnika.
Układam sonet z herbacianych listków,
Na dobrotliwy czajnik z gwizdkiem.
Wypływa na senne morze,
Cudowny, Blaszany Parowiec.
W obłoku pary odmienia,
Serca zmartwione jesienią.
Tak pięknie pachną w blaszance,
Indie i chińskie latawce.
Tak pięknie pachną...
Kiedy w miłosną wpadniesz katastrofę,
Gdy Cię choroby zginają, jak klamkę.
Niech na ratunek bieży pogotowie,
Z pełną po brzegi, czaju filiżanką.
Tak pięknie pachną w blaszance,
Indie i chińskie latawce.
Tak pięknie pachną...
Indie i chińskie latawce.
Tak pięknie pachną...
Kiedy w miłosną wpadniesz katastrofę,
Gdy Cię choroby zginają, jak klamkę.
Niech na ratunek bieży pogotowie,
Z pełną po brzegi, czaju filiżanką.
Tak pięknie pachną w blaszance,
Indie i chińskie latawce.
Tak pięknie pachną...
Tak pięknie pachną w blaszance,
Indie i chińskie latawce.
Tak pięknie pachną...
Wypływa na senne morze,
Cudowny, Blaszany Parowiec.
W obłoku pary odmienia,
Serca zmartwione jesienią.
Indie i chińskie latawce.
Tak pięknie pachną...
Wypływa na senne morze,
Cudowny, Blaszany Parowiec.
W obłoku pary odmienia,
Serca zmartwione jesienią.
Tak
pięknie pachną w blaszance,
Indie i chińskie latawce.
Tak pięknie pachną...
Indie i chińskie latawce.
Tak pięknie pachną...
Słuchamy klik.
PS. Katar - tak, smutek - nie. Nie w taką pogodę!
Labels:
jesień,
kawa/herbata/napoje,
moja pisanina,
S-t,
zdjęcia
poniedziałek, 23 lipca 2012
240. Mesa
Niedawno otwarta, przy plaży. Ładny marynistyczny wystrój trudnego architektonicznie do aranżacji wnętrza.
wtorek, 1 listopada 2011
190. Panaceum. Pean na cześć
Panaceum, czyli lek na wszystko. To miał być tag zielony na niegdysiejsze wyzwanie, ale przeleżał zapomniany po przygotowaniu tła. Filiżanka z intencji, ale wygląda jak garnek i niech jej tam. Totalny recygling, tag z teczki biurowej (dzięki temu ma oczko), filiżanka z ceraty, para to celofan z bukietu przyklejony na taśmie dwustronnej i napis z gazetowej reklamy. Ot i tyle. Ilustracja do mojego wierszyka.
Panaceum. Pean na cześć herbaty
Na liść pożółkły z drzewa opadły,
Na milczenie, co z nagła między nami zapadło,
Na że miał przyjść, nie przyszedł,
Na ostatni grosz, że wyszedł,
Na telefon, że milczy,
Na apetyt, że wilczy
Aż w pasie przybyło,
Na znów nieobecną miłość,
Na but, że przecieka,
Na autobus, że nie poczekał,
Na wilgoć w powietrzu przenikliwą,
Na sąsiadkę krzykliwą,
Na kolejny brak sensu,
Na kluczyk zgubiony od kredensu,
Na szefa, że się czepił,
Na policjanta, że mandat wlepił,
Na plotek moc,
Na bezksiężycową noc,
Na polityków, że cyniczni,
Na szlachetnych, że nieliczni,
Na niegodziwych księży,
Na uwodzicielski księżyc,
Na wszelką ponurość,
Na listopadowych chmur burość,
Na książkę, że nudna,
Na naukę, że trudna,
Na problem, że się pojawił,
Na miał naprawić, nie naprawił,
Na wiatr przenikliwy ze wschodu,
Na z poczuciem misji zbawców narodu,
Na ziąb wieczoru i słotę poranka –
Wonnej herbaty gorąca filiżanka.
Labels:
kawa/herbata/napoje,
moja pisanina,
moje tagi,
recykling,
zieleń
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
173. Kawa z kardamonem
Po pierwsze jest ona, z wyjątkiem bazy z brązowego kartonu, całkowicie śmieciowa. Kawałek gazy, skrawek cynamonowego lnu, obrzępek welonu, strzęp tektury, obrazek z papierowego kubka, stary guzik, kawałek wiekowego sznurka.
Po drugie, jest warstwowa, co mi zawsze imponuje u kartkomaniaczek. Nie licząc bazy, jest 6 warstw.
Po trzecie, zawiera elementy natury lub działania natury (kora brzozy, kamyk z dziurką, szkiełka oszlifowane przez morze).
Po czwarte, zawiera ukochany przeze mnie kształt serduszka (albo prawie) wyżej wymienionego kamyczka i szkiełek.
I po piąte, najważniejsze i wymagające największego gadulstwa, za skojarzenia.
Nie pijam wiele kawy. Właściwie tylko czasem, gdy po źle przespanej nocy (z własnej winy, bo albo coś dłubię jak nakręcona, albo nie chcę się oderwać od wciągającej powieści, albo buszuję po necie) muszę stawić czoła dniowi pracy. Albo w ramach świętowania codzienności (rzadko, ale bywa). Albo, i to jest najmilsze i najrzadsze, jako element integrujący i celebrowanie bycia razem z innymi kobietami. Któraś wtedy ofiaruje się ugotować kawę. Właśnie ugotować, nie: zaparzyć, zalać, rozpuścić, ale z całą celebrą, jak wiedźma nad kotłem pochyla się nad garnkiem z kawą i zamorskimi korzeniami, cynamonem, kardamonem, goździkami, nieomal słyszę jak szepcze zaklęcia, uśmiecha się lekko, i tylko niektórzy widzą, że ukradkiem dodaje tam jeszcze jeden, niewidzialny a niezbędny składnik: serce. A potem, przyciągnięte zapachem i nawołaniami, schodzimy się do stołu znosząc kubki, szklanki i filiżanki i gawędząc niezobowiązująco, śmiejąc się i przekomarzając, a czasem milcząc wspólnie, zamyślone, pijemy ten, z serca przygotowany, czarodziejski napój.
A ponieważ takie zjazdy, posiady w gronie wielu kobiet zdarzają się zazwyczaj w czasie urlopu lub w rzadkie wspólne weekendy, nieodmiennie kojarzą mi się z wakacjami, a te z naturą, nadmorską plażą, lasem, zbieraniem skarbów, patyków, szyszek, kory, muszli, kamyków, szkiełek (te na kartce z tegorocznego krótkiego urlopu wiosną w Barcelonie, w gronie kobiet, rzecz jasna). To chyba już jasne, dlaczego w taki dobry nastrój wprawia mnie ta, skromnymi środkami wykonana, kartka.
Labels:
guziki,
hedonistycznie,
kawa/herbata/napoje,
moja pisanina,
moje kartki,
natura,
recykling,
serce,
wakacje
sobota, 20 sierpnia 2011
172. Ciąg dalszy z dedykacją albo o szklance
Czy szklanka jest do połowy pusta, jak chcą malkontenci, czy do połowy pełna jak cieszą się inni?
Wczoraj przed zamknięciem sklepu drugiej szansy oglądałam w nim biało-czerwony ręcznik, jednak szkoda mi było dać za niego 4 zł i postanowiłam przyjść dzisiaj, jako że w soboty 50% zniżki. Czy zależało mi bardziej na 2 złotych niż na zakupie? Najwyraźniej, bo dziś wybrałam się z domu dopiero w południe i po moim zakupie nie było śladu. Udałam się zatem do kolejnej świątyni niebywałych okazji i nabyłam za 1,5 zł (po sobotniej 50% przecenie) powieść pt. PS. I love you. Było ich więcej, popularnych powieści w miękkich oprawach, wszystkie po angielsku, co mnie raczej zniechęca. Ta również w lyngłydżu, ale ponieważ widziałam film i czytałam polski przekład, posłuży za pomocnika do ćwiczenia reading comprehension. Piękny przykład serendypii. Na zdjęciu owa książka, gdzie? Gdyby nie serwetki, możnaby pomyśleć, że w domu, a to ponownie naleśnikarnia. Tym razem wypróbowałam inny kącik z czerwoną sofą, w dodatku z ikeowską ładną lampką. Za to naleśnik, ze szpinakiem i fetą już raczej zwyczajny. Lokal nazywa się Cuda Wianki, winietki nie sfotografowałam, bo jakoś mi się niezbyt spodobała.
Poniżej jeszcze coś sopockiego. Panneau (przepraszam, nie przychodzi mi do głowy odpowiednie polskie słowo) na peronie kolejki Sopot Wyścigi. Stosunkowo nowe, remont był jakieś 2 lata temu. Malowidła na kafelkach. Lubię to, jak mawiają na fejsie.
A to zwykła rzecz w letniej szacie. Chusteczki higieniczne z wizerunkiem ławeczki w słońcu, nie ma chyba dla mnie milszego symbolu wakacji, relaksu, nieśpiesznych, pogodnych dni lata. Sfotografowana na rozwalającej się ławce przed moją kamienicą (moją, bo w niej mieszkam, nie żebym ją posiadała).
Wczoraj przed zamknięciem sklepu drugiej szansy oglądałam w nim biało-czerwony ręcznik, jednak szkoda mi było dać za niego 4 zł i postanowiłam przyjść dzisiaj, jako że w soboty 50% zniżki. Czy zależało mi bardziej na 2 złotych niż na zakupie? Najwyraźniej, bo dziś wybrałam się z domu dopiero w południe i po moim zakupie nie było śladu. Udałam się zatem do kolejnej świątyni niebywałych okazji i nabyłam za 1,5 zł (po sobotniej 50% przecenie) powieść pt. PS. I love you. Było ich więcej, popularnych powieści w miękkich oprawach, wszystkie po angielsku, co mnie raczej zniechęca. Ta również w lyngłydżu, ale ponieważ widziałam film i czytałam polski przekład, posłuży za pomocnika do ćwiczenia reading comprehension. Piękny przykład serendypii. Na zdjęciu owa książka, gdzie? Gdyby nie serwetki, możnaby pomyśleć, że w domu, a to ponownie naleśnikarnia. Tym razem wypróbowałam inny kącik z czerwoną sofą, w dodatku z ikeowską ładną lampką. Za to naleśnik, ze szpinakiem i fetą już raczej zwyczajny. Lokal nazywa się Cuda Wianki, winietki nie sfotografowałam, bo jakoś mi się niezbyt spodobała.
Poniżej jeszcze coś sopockiego. Panneau (przepraszam, nie przychodzi mi do głowy odpowiednie polskie słowo) na peronie kolejki Sopot Wyścigi. Stosunkowo nowe, remont był jakieś 2 lata temu. Malowidła na kafelkach. Lubię to, jak mawiają na fejsie.
A to zwykła rzecz w letniej szacie. Chusteczki higieniczne z wizerunkiem ławeczki w słońcu, nie ma chyba dla mnie milszego symbolu wakacji, relaksu, nieśpiesznych, pogodnych dni lata. Sfotografowana na rozwalającej się ławce przed moją kamienicą (moją, bo w niej mieszkam, nie żebym ją posiadała).
I na koniec miła dzisiejsza koincydencja, klasyczna serendipity: poszłam na warsztat nt. wdzięczności w ramach Progressteronu, a tam kawę z automatu serwowano w papierowych kubkach z napisem ENJOY. Nie powstrzymałam się przed zabraniem go do domu celem skrapowym. Ponadto znakiem graficznym odbywającego się w Sopocie festiwalu Progressteron jest w tym roku balon z sylwetkami trzema radosnych kobiet. Zanim połączyłam to w jakąś całość zabrałam się za przegląd blogów i u LaWenduli przeczytałam tę optymistyczną myśl: Nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo! Naprędce przykleiłam napis z kubka, narysowałam, jak umiałam, postaci w balonie, umieściłam stosowne hasło i jest zakładeczka! Ktoś chętny?

Labels:
balony,
hedonistycznie,
kawa/herbata/napoje,
koniki,
moja pisanina,
poszło w świat!,
recykling,
S-t,
serendipity,
zakładki,
zdjęcia
Subskrybuj:
Posty (Atom)



