piątek, 29 stycznia 2010

69. My heart belongs to daddy

Red Heart Challenge: nowa kartka, użycie czerwieni i serca. To kolejne wyzwanie, które zmobilizowało mnie do pracy w ciągu ostatnich dwóch tygodni (do myślenia about mobilizuje mnie znacznie więcej).
Co się tyczy skromności wykorzystanych środków to przeszłam samą siebie: tektura z teczki biurowej, cienki biały karton - odpad introligatorski, czerwony kawałek kartki z minionych świąt, czarny cienkopis, klej biurowy. Łatwo się domyślić, że robiłam w pracy po pracy, dysponując jeszcze gilotyną, nożyczkami i drukarką.
Wydrukowałam z internetu obrazek z dziewczynką, skopiowałam metodą z pierwszych lat podstawówki: na karton docelowy położyłam rysunek do odwzorowania i twardym pisakiem (najlepszy jest wypisany długopis) obrysowałam kontur. Powstały bezbarwny zarys wypełniłam cienkopisem, zmieniając fryzurę, wycięłam, odwróciłam na lewą stronę, dorysowałam strój i buzię i wtedy przyszło mi do głowy dać jej do rąk czerwone serce. Nie dość mi było jednak zabawy z szarą tekturą i sercami, toteż wycięłam jeszcze trochę i wtedy przyszła mi do głowy piosenka Marylin Monroe, genialnie zaśpiewana w latach 80. po polsku przez niesłychanie zdolną Agnieszkę Fatygę (nie wiem, kto napisał świetny polski tekst, nie znalazłam go w necie). "Mogę flirtować z chłopcami", śpiewa w 1960 roku Marylin tu, "ale moje serce należy do taty" :)
Konkursik: kto zgadnie jaki stempelek posłużył mi za wzór dziewczynki? Nagrodą jest ta skromna kartka.

czwartek, 28 stycznia 2010

68. Black&white

król popu, король поп-музыки, the king of pop. A po francusku?
Le king of pop!

wtorek, 26 stycznia 2010

poniedziałek, 25 stycznia 2010

56. Serce...

...się wyrywa.

piątek, 22 stycznia 2010

wtorek, 19 stycznia 2010

64. Międzykontynentalne wyzwanie mączne...

... czyli scrapowanie codziennością albo Dzień Babci. Obrazek z torebki mąki pysznej wykwintnej, pszennej luksusowej, Polskie Młyny SA, Warszawa. Baza to tektura z opakowania, bura koperta wytuszowana na różowo (nie widać na skanie), różowa karteczka z kostki do notatek, serwetka i papier w kwiatki z kolekcji od Brises, rozpryśnięta kropla rozwodnionej czerwonej farby akrylowej, biedronkowy dziurkacz, Yoasine nożyczki w ząbki, cienkopis, magic.
Widać liczne inspiracje blogowe, tak ogólne, że trudno powiedzieć, od kogo tym razem ściągnęłam. Kolorystycznie nieźle, choć ten różyk mogłam trochę przybrudzić, kompozycja budzi moje zastrzeżenia, babcia z mąki zdominowała pozostałe elementy. Jak zwykle miałam kłopot z klejeniem.
Na zdjęciu z początku lat 60. Skrzatka około pięcioletnia z Babcią przy śniadaniu w obiektywie Dziadka. Łapką z połówką rogala z masłem pokazuję coś, nie wytresowana jeszcze, że nie pokazuje się ręką. W kubku mleko (zwykły biały porcelanowy kubek, plastikowych jeszcze nie było i rzadkością były specjalne wzory dla dzieci, miałam kubek i talerz śniadaniowy z pociągiem, ale stłukły się bodaj jeszcze wcześniej). Na parapecie okiennym szklany syfon, nosiło się je do sklepu na wymianę, woda sodowa wiele lat kosztowała 2,20 (wyobrażacie sobie, że ceny były ustalone przez państwo?). Nie pamiętam kiedy skończyła się ich epoka, pewnie gdzieś w połowie lat 70., w kącie szafki pod zlewem, za garnkami (nietypowo nie było to u nas miejsce na śmieci) zostały dwa takie i dotąd je mam, teraz robią za ozdoby. Na ścianach w kuchni olejne lamperie w ohydnym zielonym kolorze, zasłonki bladożółte z zielonymi i brązowymi prostokącikami. Babcia jest niedawno po fryzjerze, musi to być lato, bo ścięte krótko włoski dziecka już trochę odrosły (Mama obcinała mi je zawsze przed latem), a guziki od kretonowej bluzki skrzacinej (nie widać, bo wpadło mi do głowy potraktować zdjęcie puncherem), przerobionej zresztą z czyjejś sukienki (Mama Skrzatki była mistrzynią przeróbek) uchowały się w pudełku z guzikami przez wszystkie te lata.

A tak wygląda torebka siostrzanej mąki pysznej luksusowej, obrazka wykwintnej w necie nie znalazłam.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

63. Off topic. Updated 12.01.2010.

 
Ekscytacja wprost mnie roznosi: wybieram się na koncert Jaromira Nohavicy w Filharmonii Bydgoskiej. Niechaj Merkury, Jowisz, święty Krzysztof i wszelkie moce mają w opiece koleje polskie, które podjęły się dowieźć ekipę znad zatoki na miejsce przeznaczenia oraz dostarczyć mnie z powrotem jutro rano do pracy. Enter. Tu słuchamy.

Dzień po koncercie:
12 stycznia 2010 r. 21:40
Na scenę wyszedł swobodny, uśmiechnięty i zadowolony. Nie musiał nam mówić, że chętnie przyjeżdża do Polski, widzieliśmy to sami. Burza oklasków, która go przywitała pokazała już na wstępie, że na widowni zgromadzili się ci, którzy go znają, podziwiają i chcą spotykać, którzy nie z przypadku znaleźli się w tym miejscu w śnieżny styczniowy wieczór, pokonawszy z trudem nieuprzątnięte bydgoskie ulice, a liczni jeszcze dalsze trasy. Był sam, akompaniował sobie na gitarze lub na heligonce, rodzinnym instrumencie, który jego dziadek kupił w początku lat trzydziestych poprzedniego stulecia. Tylko w kilku piosenkach towarzyszył mu znakomity akordeonista warszawski, Robert Kuśmierski. Opowiadał o sobie, o swoich piosenkach, wspominał, żartował, śpiewał, po czesku i po polsku, grał i recytował. Piosenki ważne, poważne, refleksyjne i niepoważne, wesołe, żartobliwe, biesiadne, miłosne i "publicystyczne", własne tłumaczenia Wysockiego, melorecytował kawałki z opery (a capella i unplugged) Mozarta, której libretto przetłumaczył na czeski, recytował swój żartobliwo-liryczny czesko-polski wiersz o miłości Czecha i Polki. Mówił do nas po polsku z uroczym czeskim akcentem, cały czas w kontakcie, życzliwy, pogodny, dawał nam siebie, otwarty i wolny. A my słuchaliśmy, wzruszeni, rozbawieni, klaszcząc entuzjastycznie po każdym utworze, śmiejąc się i czasem roniąc łzy, podśpiewując refreny, piszcząc i pokrzykując, nieomal tańcząc. Szacowne mury filharmonii, ciasne rzędy foteli, a może nasze ograniczenia, zawstydzenie, uleganie konwencjom nie dopuściły jednak do tego. Wiedziałam, że pięknie gra i śpiewa, a jednak zaskoczył mnie swoją muzykalnością, wirtuozerią i swadą w grze na heligonce, czasem niemal smyczkowym brzmieniem tego niewielkiego instrumentu (a akordeon Roberta Kuśmierskiego brzmiał czasem jak flet, a czasem jak saksofon. Nie wiedziałam, że tyle może ten często niedoceniany i traktowany z lekceważeniem instrument w rękach utalentowanego wykonawcy), zaskoczył i zauroczył swoim głosem szerokim i o pięknej, ciepłej barwie.
Dał nam długi, ponaddwugodzinny koncert, z wieloma  (czterema?) piosenkami na bis, z ukochaną "Kometą" pod sam koniec. A potem wyszedł do holu spotkać się z tymi, którym jeszcze nie było dość tego miłego, pełnego prostoty, mądrego, życzliwego człowieka i podpisywał nam płyty, książki, plakaty, co kto chciał, mimo wielkiej kolejki zwracając się do każdego z osobna, pytając dla kogo ma podpisać (nie przyszłoby mi do głowy prosić o wpis dla siebie, wystarczyłby mi sam autograf, więc zostałam obdarowana ponad oczekiwanie). Narysował mi serduszko, mówiąc: to pierwsze serduszko tego wieczoru i ostatnie, a ja powiedziałam mu, że płakałam, gdy zaśpiewał "Panie prezydencie", piosenkę o człowieku, który pragnie być wysłuchany i o tym, który już nie słucha. Podziękował z wielką serdecznością, solennie, wyraźnie wdzięczny za podzielenie się wzruszeniem.
I tak dopełniło się to spotkanie, a my potem jeszcze, czteroosobowa trójmiejska ekipa, wspominaliśmy, dzieliliśmy się wrażeniami, degustując gruzińskie wino i pojadając mandarynki, i po bardzo krótkiej nocy, o czwartej rano, Skrzatka wstała i poszła na dworzec, by przyjechać do pracy na 9:00, ale udało się dopiero na 10:15, i nikt tego nie miał za złe, bo jej szef to bardzo ludzkie panisko.
Za zainteresowanie i kciuków trzymanie pięknie dziekuję. Anioły sprzyjały: pociąg spóźnił się jakieś nieznaczne 311 sekund, taksówka akurat podjechała, zapłaciliśmy dychu na 4 sztuki (kto to widział takie ceny?), pokoje w akademiku Akademii Muzycznej czekały, niepiękne, ale wysprzątane, ciepłe i niedrogie, a gościnna Filharmonia Pomorska w Bydgoszczy pomieściła wszystkich chętnych. Koncert rozpoczął się punktualnie i trwał uczciwe 2 godziny i 15 minut, a po koncercie artysta z wyraźną przyjemnością podpisywał co kto tam miał.
I może to zabrzmi egzaltowanie (a niech sobie zabrzmi), ale było to jedno z tych, chciałoby się znacznie częstszych, spotkań w życiu, z których człowiek wychodzi lepszy.
A po głowie chodzą mi szczątki zapamiętanych ze szkoły wierszy polskich romantyków, że "piękno na to jest by zachwycało" i że "z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, dwie tylko, poezja i dobroć".
*
PS. I bardzo miło mi na myśl, że byłam w tym samym mieście, w którym mieszka Brises, i Zygfryd, i gdzie w herbaciarni "Asia" na Wełnianym Rynku spotykają się kujawskopomorskie crafterki.
***
Update 18 stycznia 2010 r.
Chcę o tym pamiętać: mówiąc o przeszłości, powiedział, że lubi myśleć o tych, którzy byli przed nami, oni są ważni, powiedział, my stoimy na ich ramionach. Ten sam obraz występuje we śnie kobiety cytowanym chyba w "Biegnącej z wilkami". Całkowicie się z tym zgadzam, choć dla mnie wciąż jest to jeszcze wyłącznie intelektualne przekonanie. Chcę żyć przesiąknięta tym obrazem, z pokoleń za mną czerpać siłę.

piątek, 1 stycznia 2010

62. Osiemdziesięcioletnia pocztówka noworoczna

Życzenia Nowego 1930 roku zasyłają J.J.x z córkamy.
Łódź 31/XII-1929 r.
Ortografia oryginalna. Jakiego też 1930 roku życzą adresatom państwo x z córkamy nie wiadomo.
Mama mi opowiadała, że przed wojną wysyłało się najpierw kartki z życzeniami świątecznymi i tuż po świętach jeszcze raz, noworoczne.

Archiwum bloga