Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hedonistycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hedonistycznie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 czerwca 2015
piątek, 26 czerwca 2015
407. Noc świętojańska
Po deszczowym dniu, wielkiej popołudniowej ulewie, ostrzeżeniach "zabierzcie kalosze i ciepłe ubrania" dotarłyśmy na małą kaszubską wieś, gdzie gospodarze Jan i jego żona żyją od 8 z górą lat i gdzie co roku zapraszają na noc świętojańską. Gospodyni, która "za panny" kupiła opuszczoną posiadłość stwierdziła u początków swej wiejskiej historii, że sprawa ją przerasta i że potrzebny jest mężczyzna, który dzielić będzie z nią trudy wiejskiego życia i... rzuciła w noc świętojańską wianek w tej intencji. Jan pojawił się w jej życiu kilka miesięcy później.
Od tego czasu co roku zapraszają na sobótkę, a gospodyni z przekonaniem zachęca do wplatania marzeń w wianki, które puszcza się na staw.
Paliliśmy ognisko "spożywcze" oraz piekliśmy potrawy na ruszcie, panie plotły wianki, a kiedy się ściemniło poszliśmy nad staw, gdzie przy świetle płonącego stosu gałęzi, wianki rzucano na wodę z brzegu i z łódki. Przy wiosłach usiadła ponad 70-letnia matka gospodyni, którą wiosłowała z lekkością i radością, a inauguracji sezonu kąpielowego dokonał młody człowiek, który, jak się później przyznał, niespecjalnie umiał pływać. Na szczęście staw to nie jezioro, prawie wszędzie można sięgnąć dna. Budził podziw, bo nie było zbyt ciepło, zimowy sweter i dres bardzo się przydały.
Niewiele rytuałów jest moim życiu, ale z przyjemnością uplotłam wianek na podstawie z brzozowej gałęzi, przybrał kształt chomąta :)
Nie wsiadłam jednak do łódki, bo nie umiem pływać!
niedziela, 21 czerwca 2015
środa, 19 września 2012
267. Dzień Dzikiej Flory, Fauny i Naturalnych Siedlisk
To dziś. Zdjęcia z przedwczoraj.
Najszybszy z uczestników scenki zdążył umknąć z kadru przed spustem migawki: szczur pomykał pośród stada dzikich kaczek nad stawkiem na jelitkowskiej pętli. Podobno jest ich dużo w Trójmieście, a ja go zobaczyłam pierwszy raz w życiu. A ten czarny ptaszor to samotny kormoran chyba:
Wolałabym być lepszym fotografem, a już na pewno, gdy widzę kaczki na wodzie:Czy wróble to DZIKA FAUNA?
Cieszę się, że wracają do miast. Kiedy byłam dzieckim było ich bardzo dużo, potem na jakiś czas zniknęły, podobno z powodu rozmnożenia się srok, które są ich konkurentami do pożywienia:
Uwielbiam wrześniowe lato, z jego łagodnością, dojrzałością, nic-nie-musieniem. Od kończącego się lata nikt już nie wymaga słońca, wysokiej temperatury, braku opadów. Przeciwnie, cieszymy się jak z nagła obdarowani, gdy są.
Dobrze czasem pojechać po pracy tramwajem do Jelitkowa i wrócić do domu pieszo, boso, plażą, rozchlapując nieoczekiwanie ciepłą wodę (widziałam nawet kąpiących się), zatrzymując się po drodze na makaron z sosem fistaszkowym. Pycha! (cóż, że ciężkostrawny).
Urok niespiesznego życia w zgodzie z tym co jest.
Labels:
hedonistycznie,
moja pisanina,
ptaszek,
wakacje,
zdjęcia
poniedziałek, 23 lipca 2012
240. Mesa
Niedawno otwarta, przy plaży. Ładny marynistyczny wystrój trudnego architektonicznie do aranżacji wnętrza.
piątek, 21 października 2011
189. Różne takie, misie i inne przyjemności
W Stumilowym Lesie wiatr strącił kilka listków z największego drzewa.
- Nie mogę w to uwierzyć - powiedział Królik. - Czyżby zbliżała się jesień?
- Jesień... - rozmarzył się Puchatek. - Spiżarnia, pokój, garnek, spiżarnia, łóżko, miodek i tak bez końca...
- Uważaj, Misiu, bo z tego "bez końca" nie zmieścisz się w drzwiach - ostrzegł go Prosiaczek.
- Hmm... - Puchatek się zastanowił. - To nic, wtedy wy przyjdziecie do mnie!
Dla dzisiejszej solenizantki, zwariowanej fanki Kubusia P. (w disneyowskiej wersji graficznej) znalazłam w empiku idealny prezent: kalendarz na przyszły rok z takimiż disneyowskimi ilustracjami i licznymi (bodaj dwoma tygodniowo) cytatami. Cytaty uwielbiam, bo jestem taką samą wielbicielką słynnego pluszaka, tylko wolę oryginalną wersję rysunkową. Otworzyłam na chybił trafił i trafiłam na powyższy dialog. Cudownie oddaje charakter tytułowego bohatera, pogodnego, zadowolonego z siebie i z życia Puchatka (a nie głupiego misia, jak to interpretują niektórzy).
- Nie mogę w to uwierzyć - powiedział Królik. - Czyżby zbliżała się jesień?
- Jesień... - rozmarzył się Puchatek. - Spiżarnia, pokój, garnek, spiżarnia, łóżko, miodek i tak bez końca...
- Uważaj, Misiu, bo z tego "bez końca" nie zmieścisz się w drzwiach - ostrzegł go Prosiaczek.
- Hmm... - Puchatek się zastanowił. - To nic, wtedy wy przyjdziecie do mnie!
Dla dzisiejszej solenizantki, zwariowanej fanki Kubusia P. (w disneyowskiej wersji graficznej) znalazłam w empiku idealny prezent: kalendarz na przyszły rok z takimiż disneyowskimi ilustracjami i licznymi (bodaj dwoma tygodniowo) cytatami. Cytaty uwielbiam, bo jestem taką samą wielbicielką słynnego pluszaka, tylko wolę oryginalną wersję rysunkową. Otworzyłam na chybił trafił i trafiłam na powyższy dialog. Cudownie oddaje charakter tytułowego bohatera, pogodnego, zadowolonego z siebie i z życia Puchatka (a nie głupiego misia, jak to interpretują niektórzy).
A skoro już byłam w empiku, nie powstrzymałam się przed wydaniem wiekszej liczby złotówek niż miałam (dysponuję teraz funduszem pożyczonym i przeznaczonym na przeżycie jeszcze minimum pięciu dni, swoje już wydałam do zera).
Bo, po pierwsze, rekomendowany przez Kardamonową "Słodki listopad". Obejrzałam film tego samego popołudnia. Nie wiedziałam, jak włączyć polskie napisy, więc przymusowo poćwiczyłam listening comprehension. Nowy piękny przykład serendipity. Film z całego serca rekomenduję. Rzeczywiście można z przyjemnością obejrzeć każdej jesieni (tak jak "To właśnie miłość" w okolicach Gwiazdki).
Bo, po drugie, nowy numer "Zwierciadła". Niby nie uciekłoby do przyszłego tygodnia, ale to taka przyjemność mieć nowe, nowiutkie, od razu, natychmiast!
Bo, po trzecie, było to nie w moim małym sopockim salonie, tylko w dużym w Galerii Bałtyckiej, gdzie jest całkiem przyzwoite stoisko scrapbookingowe, a tam czekał na mnie On, sama misiowa słodycz i uroda. Z żalem stwierdziłam, że stempelek jest prawdopodobnie wadliwie przyklejony do klocka, bo jedno uszko się nie odbija, ale już po naużalaniu się odkryłam, że wystarczy odbijać na czymś miększym i wychodzi lepiej (np. na złożonej gazecie). A oto on, we własnej misiowej osobie:
Przypisuje się to zdanie Marilyn Monroe: Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy!
*
Postanowiłam też docenić moje gryzmołki konferencyjne, robione wczoraj w czasie nudnawego wykładu. Przyjrzałam się im jakby je robił ktoś obcy i dzięki temu mój wewnętrzny krytyk milczał. Stwierdziłam, że mógłby to być projekt stempla, pewnie znalazłby nabywców i użyłam go do zaczątka kartki. Nie jest jeszcze skończona, ale coś z niej pewnie powstanie. Najbliższe wydało mi się życzenie Cynki, które zwykła umieszczać na swoich kartkach z broszką, choc pewnie burza mózgów przyniosłaby jeszcze inne twórcze pomysły. Jakieś podpowiedzi? :)
Labels:
hedonistycznie,
miś,
moja pisanina,
moje kartki,
moje rysunki,
serendipity
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
173. Kawa z kardamonem
Po pierwsze jest ona, z wyjątkiem bazy z brązowego kartonu, całkowicie śmieciowa. Kawałek gazy, skrawek cynamonowego lnu, obrzępek welonu, strzęp tektury, obrazek z papierowego kubka, stary guzik, kawałek wiekowego sznurka.
Po drugie, jest warstwowa, co mi zawsze imponuje u kartkomaniaczek. Nie licząc bazy, jest 6 warstw.
Po trzecie, zawiera elementy natury lub działania natury (kora brzozy, kamyk z dziurką, szkiełka oszlifowane przez morze).
Po czwarte, zawiera ukochany przeze mnie kształt serduszka (albo prawie) wyżej wymienionego kamyczka i szkiełek.
I po piąte, najważniejsze i wymagające największego gadulstwa, za skojarzenia.
Nie pijam wiele kawy. Właściwie tylko czasem, gdy po źle przespanej nocy (z własnej winy, bo albo coś dłubię jak nakręcona, albo nie chcę się oderwać od wciągającej powieści, albo buszuję po necie) muszę stawić czoła dniowi pracy. Albo w ramach świętowania codzienności (rzadko, ale bywa). Albo, i to jest najmilsze i najrzadsze, jako element integrujący i celebrowanie bycia razem z innymi kobietami. Któraś wtedy ofiaruje się ugotować kawę. Właśnie ugotować, nie: zaparzyć, zalać, rozpuścić, ale z całą celebrą, jak wiedźma nad kotłem pochyla się nad garnkiem z kawą i zamorskimi korzeniami, cynamonem, kardamonem, goździkami, nieomal słyszę jak szepcze zaklęcia, uśmiecha się lekko, i tylko niektórzy widzą, że ukradkiem dodaje tam jeszcze jeden, niewidzialny a niezbędny składnik: serce. A potem, przyciągnięte zapachem i nawołaniami, schodzimy się do stołu znosząc kubki, szklanki i filiżanki i gawędząc niezobowiązująco, śmiejąc się i przekomarzając, a czasem milcząc wspólnie, zamyślone, pijemy ten, z serca przygotowany, czarodziejski napój.
A ponieważ takie zjazdy, posiady w gronie wielu kobiet zdarzają się zazwyczaj w czasie urlopu lub w rzadkie wspólne weekendy, nieodmiennie kojarzą mi się z wakacjami, a te z naturą, nadmorską plażą, lasem, zbieraniem skarbów, patyków, szyszek, kory, muszli, kamyków, szkiełek (te na kartce z tegorocznego krótkiego urlopu wiosną w Barcelonie, w gronie kobiet, rzecz jasna). To chyba już jasne, dlaczego w taki dobry nastrój wprawia mnie ta, skromnymi środkami wykonana, kartka.
Labels:
guziki,
hedonistycznie,
kawa/herbata/napoje,
moja pisanina,
moje kartki,
natura,
recykling,
serce,
wakacje
sobota, 20 sierpnia 2011
172. Ciąg dalszy z dedykacją albo o szklance
Czy szklanka jest do połowy pusta, jak chcą malkontenci, czy do połowy pełna jak cieszą się inni?
Wczoraj przed zamknięciem sklepu drugiej szansy oglądałam w nim biało-czerwony ręcznik, jednak szkoda mi było dać za niego 4 zł i postanowiłam przyjść dzisiaj, jako że w soboty 50% zniżki. Czy zależało mi bardziej na 2 złotych niż na zakupie? Najwyraźniej, bo dziś wybrałam się z domu dopiero w południe i po moim zakupie nie było śladu. Udałam się zatem do kolejnej świątyni niebywałych okazji i nabyłam za 1,5 zł (po sobotniej 50% przecenie) powieść pt. PS. I love you. Było ich więcej, popularnych powieści w miękkich oprawach, wszystkie po angielsku, co mnie raczej zniechęca. Ta również w lyngłydżu, ale ponieważ widziałam film i czytałam polski przekład, posłuży za pomocnika do ćwiczenia reading comprehension. Piękny przykład serendypii. Na zdjęciu owa książka, gdzie? Gdyby nie serwetki, możnaby pomyśleć, że w domu, a to ponownie naleśnikarnia. Tym razem wypróbowałam inny kącik z czerwoną sofą, w dodatku z ikeowską ładną lampką. Za to naleśnik, ze szpinakiem i fetą już raczej zwyczajny. Lokal nazywa się Cuda Wianki, winietki nie sfotografowałam, bo jakoś mi się niezbyt spodobała.
Poniżej jeszcze coś sopockiego. Panneau (przepraszam, nie przychodzi mi do głowy odpowiednie polskie słowo) na peronie kolejki Sopot Wyścigi. Stosunkowo nowe, remont był jakieś 2 lata temu. Malowidła na kafelkach. Lubię to, jak mawiają na fejsie.
A to zwykła rzecz w letniej szacie. Chusteczki higieniczne z wizerunkiem ławeczki w słońcu, nie ma chyba dla mnie milszego symbolu wakacji, relaksu, nieśpiesznych, pogodnych dni lata. Sfotografowana na rozwalającej się ławce przed moją kamienicą (moją, bo w niej mieszkam, nie żebym ją posiadała).
Wczoraj przed zamknięciem sklepu drugiej szansy oglądałam w nim biało-czerwony ręcznik, jednak szkoda mi było dać za niego 4 zł i postanowiłam przyjść dzisiaj, jako że w soboty 50% zniżki. Czy zależało mi bardziej na 2 złotych niż na zakupie? Najwyraźniej, bo dziś wybrałam się z domu dopiero w południe i po moim zakupie nie było śladu. Udałam się zatem do kolejnej świątyni niebywałych okazji i nabyłam za 1,5 zł (po sobotniej 50% przecenie) powieść pt. PS. I love you. Było ich więcej, popularnych powieści w miękkich oprawach, wszystkie po angielsku, co mnie raczej zniechęca. Ta również w lyngłydżu, ale ponieważ widziałam film i czytałam polski przekład, posłuży za pomocnika do ćwiczenia reading comprehension. Piękny przykład serendypii. Na zdjęciu owa książka, gdzie? Gdyby nie serwetki, możnaby pomyśleć, że w domu, a to ponownie naleśnikarnia. Tym razem wypróbowałam inny kącik z czerwoną sofą, w dodatku z ikeowską ładną lampką. Za to naleśnik, ze szpinakiem i fetą już raczej zwyczajny. Lokal nazywa się Cuda Wianki, winietki nie sfotografowałam, bo jakoś mi się niezbyt spodobała.
Poniżej jeszcze coś sopockiego. Panneau (przepraszam, nie przychodzi mi do głowy odpowiednie polskie słowo) na peronie kolejki Sopot Wyścigi. Stosunkowo nowe, remont był jakieś 2 lata temu. Malowidła na kafelkach. Lubię to, jak mawiają na fejsie.
A to zwykła rzecz w letniej szacie. Chusteczki higieniczne z wizerunkiem ławeczki w słońcu, nie ma chyba dla mnie milszego symbolu wakacji, relaksu, nieśpiesznych, pogodnych dni lata. Sfotografowana na rozwalającej się ławce przed moją kamienicą (moją, bo w niej mieszkam, nie żebym ją posiadała).
I na koniec miła dzisiejsza koincydencja, klasyczna serendipity: poszłam na warsztat nt. wdzięczności w ramach Progressteronu, a tam kawę z automatu serwowano w papierowych kubkach z napisem ENJOY. Nie powstrzymałam się przed zabraniem go do domu celem skrapowym. Ponadto znakiem graficznym odbywającego się w Sopocie festiwalu Progressteron jest w tym roku balon z sylwetkami trzema radosnych kobiet. Zanim połączyłam to w jakąś całość zabrałam się za przegląd blogów i u LaWenduli przeczytałam tę optymistyczną myśl: Nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo! Naprędce przykleiłam napis z kubka, narysowałam, jak umiałam, postaci w balonie, umieściłam stosowne hasło i jest zakładeczka! Ktoś chętny?

Labels:
balony,
hedonistycznie,
kawa/herbata/napoje,
koniki,
moja pisanina,
poszło w świat!,
recykling,
S-t,
serendipity,
zakładki,
zdjęcia
171. Kilka zdjęć z dedykacją
Ten wpis z radością dedykuję Kardamonowej, wielbicielce mojego rodzinnego S.
Zdjęcia z dzisiaj: nowa naleśnikarnia na Monte Cassino, między przejściami podziemnymi, w miejscu dawnego papierniczego z księgarnią. Radosny, jasny, kolorowy wystrój z siedzeniami zarzuconymi różnorodnymi ikeowskimi poduszkami. Na czerwonej kanapce siedziałam dziś premierowo. Naleśnik wybrałam jarski z farszem ziemniaczano-twarogowym, w smaku przypominał mi pierogi mojej Babci. Dla zainteresowanych - 11,90.
W każdym kącie inna aranżacja, kanapki, ławy, krzesła lub fotele, stoliki różnej wielkości, wszystkie o bukowych blatach i białych nogach. Jak spojrzeć do wysokości 50 cm - las białych nóg. Na stołach doniczki z ziołami, papierowe serwetki w dopasowaną kolorystycznie krateczkę na zewnątrz pliku, wewnątrz zwykłe białe bibułkowe. Dobry pomysł, tanio i ładnie.Drzwi w krateczkę za ścianką prowadzą do rustykalnej toalety. Pod stolikiem z umywalką zasłonka w dominujących w całym wnętrzu kolorach jasnozielonym, czerwonym i białym. W puszce z koronkowym brzegiem żywe kwiaty!
Wracając trafiłam na uroczystość w kościele garnizonowym. Państwo młodzi ślubowali wewnątrz, na placu przed kościołem zainteresowanie wzbudzała biała kareta z parą siwych koni. Ileż ja się napstrykałam, zanim trafiłam zdjęcie bez przypadkowych osób.
Koniki bardzo emocjonalne.
Zdjęcie sprzed tygodnia (11 sierpnia, akurat się zachmurzyło). Sopot to werandy, wiele z nich po renowacji, ta akurat w stanie wieloletniego zaniedbania, za to kot z futrem starannie utrzymanym.
Tu (24 lipca) motyl modraszek na łące w Sopocie. Coraz mniej tych łąk w mieście, ale wciąż jeszcze są.
A to historyczne zdjęcie zrobiłam 4 maja 2010 r. w przypływie natchnienia: nie ma już tego kina, a widoczny na piętrze Teatr Kameralny przeniesiono w miejsce jeszcze wcześniej zlikwidowanego kina Bałtyk nieco wyżej Monte Cassino. Teraz są tu, oczywiście, kawiarnie.
Labels:
hedonistycznie,
koniki,
kotek,
moja pisanina,
motyl,
S-t,
zdjęcia
środa, 9 czerwca 2010
90. Znalezisko...
... podpisane: Gdynia, 14.06.2003. Za kilka dni rocznica :)
Siedziałam na ławce w Orłowie, z widokiem na plażę i orłowskie molo i bazgrałam z lubością po papierze. Obok siedział mój brat, a za nim jakaś nasza przelotna znajoma. Był sam środek dnia (14:00?), jedliśmy z pudełeczka przyniesiony z domu lanczyk, słońce świeciło jak szalone. Moja ulubiona pora roku: wczesne lato, kiedy wszystko jest jeszcze nadzieją i oczekiwaniem, roślinność w rozkwicie, jeszcze zielonym, szalonym; dojrzałość ma dopiero nadejść, a zaraz za nią przesyt, znużenie, wypalone trawy, upał, gorączkowa zmysłowość. Ale to potem, teraz nic nie mąci błogiej beztroski.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)











