Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert/spektakl/film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert/spektakl/film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 czerwca 2018

511. Zimna wojna

Szlachetny, szczery, prosty, czysty. Zobaczcie koniecznie.

piątek, 6 maja 2016

487. Wszystko gra!

Nie pamiętam, czy byłam kiedykolwiek w kinie w dniu premiery, pewnie dziś jest pierwszy raz i nie jest to przypadek. Kiedy usłyszałam w radio od samej Stanisławy Celińskiej o Wszystko gra, o polskich piosenkach śpiewanych przez panią Stanisławę (przepiękna, niska barwa głosu), Kingę Preis i przezdolną młodą (24 lata) Elizę Rycembel, a także zobaczyłam niesłychanie atrakcyjnego Sebastian Fabijańskiego (29 lat) wiedziałam, że nie odpuszczę!
Film jest musicalem porównywanym do Mamma mia (2008), ale porównanie ma sens tylko o tyle, że ścieżka muzyczna skomponowana jest z piosenek (nie tak jak w West Side Story (1961), gdzie cała muzyka jest suitą specjalnie przez Leonarda Bernsteina skomponowaną dla filmu). Nie jest to ani komedia (mimo zabawnych scen) jak Mamma mia, ani dramat jak West Side Story, bliżej mu do polskiej Wielkiej majówki (1981), jest to raczej film psychologiczno-obyczajowy, w smaku słodko-gorzki. Piosenki różnych wykonawców lat 70, 80 i 90 zostały tak dobrane, by odzwierciedlały przeżycia bohaterów i przepięknie zaśpiewane. Nie spodziewałam się po sobie łez przy potrójnym wykonaniu piosenki "Jej portret" przez Rycembel, Preis i Celińską. Do tego świetna choreografia i bardzo piękne, energetyczne wykonania scen tanecznych. Film jest bardzo świeży, wspaniałym elementem są fragmenty animowane, świetne, szerokie plany (zdjęcia Pawła Edelmana), pięknie sfotografowany miejski pejzaż Warszawy (żadnej sentymentalnej Starówki), zarówno w dziennym słońcu, jak w deszczu i w nocy. Fajne też są cytaty i nawiązania do innych polskich filmów. Uroczy młody aktor Bartosz Żuchowski i wielu innych.
Pewne moje zastrzeżenie budziło w początkowej części filmu tempo, wolałabym bardziej dynamiczny montaż, ale potem weszłam w opowieść i wsiąkłam na całego!
Bilet kupowałam na pół godziny przed seansem jako pierwsza, gdy przyszłam okazało się, że jest jeszcze kompania 5 koleżanek w średnim wieku, świętujących urodziny jednej z nich, które tak samo dobrze przyjęły ten film. Ciekawa jestem, czy młodzieży też się spodoba, bo mam wrażenie, że sentyment do starych piosenek przyciągnie średnią generację.
Tu jeden ze zwiastunów. Idźcie koniecznie! Wyjdziecie z uśmiechem na twarzy :)

wtorek, 2 czerwca 2015

396. Idźcie do kina!

Koniecznie zobaczcie uroczy francuski film "Rozumiemy się bez słów" (dosłowny tytuł francuski to "Rodzina Belier"). Nadchodzi trudny czas rozstania z rodzinnym gniazdem. Bohaterka śpiewa na egzaminie konkursowym do paryskiej szkoły. I to jak śpiewa! A ponieważ kibicujący jej rodzice i brat nie mogą usłyszeć jej piosenki, zaczyna ją migać. Łzy lały mi się strumieniami w ciemności sali kinowej.
Kochani rodzice, odchodzę, 
kocham was, ale odchodzę,
nie będziecie mieć już dziecka
dziś wieczorem.
Ja nie uciekam, ja odlatuję,
zrozumcie to, muszę lecieć, 
bez palenia, bez alkoholu, 
odlatuję.

Tu cały film. Po francusku!

poniedziałek, 11 marca 2013

314. Barbra

Mój prezent dla mnie z okazji dnia kobiet - premiera kinowa.
Amerykańska komedia "Mama i ja". Jak to bywa, tytuł nie ma nic wspólnego z oryginalnym "The guilt trip". Dorosły syn, powodowany poczuciem winy, że ucieka przed namolną mateczką proponuje tejże wspólną podróż służbową i oczywiście wynika z tego niezła jazda (odjazd winy?) Film przewidywalny (ale tekst nad Wielkim Kanionem bardzo mnie rozśmieszył).

Bardzo chciałam zobaczyć Barbarę Streisand i nie zawiodłam się na niej.
Najpierw jako dziewczynka czytałam o niej w latach 60., zapewne na ostatniej stronie ówczesnej "Kobiety i życia" w rubryce "Plotki o paniach i panach", gdzie z lekka pokpiwano ze zgubionego "a" w imieniu. Moje pierwsze z nią spotkanie to płyta, którą mój brat w latach 70. przywiózł z zagranicy, zapewne składanka, na której podziwiałam jej głos, a szczególną faworytką była piosenka "Any place I hang my hat is home" (jest na YT). Pod koniec lat 80. zrobił na mnie wrażenie film "Tacy byliśmy" (The way we were), nakręcony wprawdzie 1973 r., ale TVP puściła po kilkunastu latach.
Kto jej nie znał wcześniej, kojarzy dzięki przebojowi "Woman in love" z 1980 r.
I teraz, w roli upiornej mamuśki - wymiata! Pomyśleć, że skończyła już 70 lat...

sobota, 9 lutego 2013

309. To się nie sprzeda!

Przypomina mi Wenus, tę z obrazu Botticellego. Edyta Geppert, która w tym roku skończy 60 lat (kto by zgadł!), a na estradzie występuje od 29 wynurzyła się z morskiej piany gotowa, całkowicie ukształtowana, artystycznie dojrzała. Pamiętam, że od początku mi się podobała, więcej, budziła podziw dojrzałością, inteligencją, aktorskim talentem, chociaż nie lubiłam jej pierwszej piosenki "Jaka róża taki cierń" (tekst wydawał mi się naciągany, a mój ówczesny szef podśpiewywał złośliwie "Jaka żaba, taka mysz").
I oto wczoraj miałam okazję być na jej koncercie. Kto może, polecam! Wiele wzruszeń, mnóstwo śmiechu i podziw dla artystki. Niejedna łza spłynęła mi z oka.
Polecam jej wykonanie "Czekaj no, Higgińszczaku". Z tą piosenką (i dwoma innymi) wiąże się jej debiut na V przeglądzie piosenki aktorskiej we Wrocławiu.
29 lat temu :)

wtorek, 14 lutego 2012

213. Iron lady

Byłam dziś na "Żelaznej Damie". Jak na dzień Walentynek sala z filmem biograficzno-politycznym wydawała się być dziwnie zapełniona. Być może wszyscy ci ludzie skorzystali, tak jak i ja, z taniego wtorku, kiedy to bilety są po 16 zł :)
Film ciekawy, Meryl Streep znakomita. Utkwił mi w pamięci wywód głównej bohaterki, która zapytana przez lekarza, jak się czuje zżyma się: wszyscy dziś mówią o uczuciach, a istotne są "thoughts and ideas". I dalej przytacza nauki swojego ojca: Uważaj na swoje myśli. Z myśli rodzą się słowa, ze słów czyny. Z czynów pochodzą nawyki, a nawyki tworzą twój charakter, zaś twój charakter to twoje przeznaczenie.
Dodałabym, że uczucia też rodzą się z myśli, a szczególniej z przekonań.

niedziela, 25 września 2011

183. This day will never happen again

Kolejny kolażyk w Zeszycie. Kolor tła jako wyraz niezgody na koniec lata, cytat jako próba pogodzenia się z rzeczywistością. Buźka wydrukowana z sieci.
Spędziłam ostatnią niedzielę września w Gdyni. Najpierw w południe w Teatrze Miejskim miałam przyjemnośc uczestniczyć w otwarciu 32. salonu poezji. Wiersze Jana Twardowskiego czytali Anna Dymna, pomysłodawczyni pierwszego salonu poetyckiego w Krakowie (22.01.2002) i nowozatrudniony aktor Teatru Miejskiego Szymon Sędrowski (dotychczas pracował w Lublinie). Na saksofonie grał trójmiejski jazzman Przemysław Dyakowski. Jako niespodziankę-ukłon w stronę pani Anny wplótł w pierwszy utwór hejnał mariacki, co spotkało się ze świetnym przyjęciem. Impreza trwała jakieś 50 minut, a potem pani Anna podpisywała na scenie swoje zdjęcia, jeśli kto chciał. Ponieważ nie lubię kolejek, siedziałam sobie na widowni i podeszłam jako ostatnia. Zostały jeszcze dwa zdjęcia, ale poprosiłam, żeby podpisała mi się w kalendarzu, na pamiatkę dnia, który już się nie powtórzy, co zrobiła tak miło i uroczo, jak sama miła, urocza i bezpośrednia jest.
Kolejny salon w Gdyni na początku listopada i potem raz w miesiącu. Wstęp jest wolny, jednak ani w prasie ani w internecie nie podano, że można czy też należy zwrócić się do teatru o bezpłatną wejściówkę i tak przy wejściu tłoczył się tłumek chętnych, a wpuszczano najpierw osoby za wejściówkami. Dawno nie uczestniczyłam w tak gorszącym wydarzeniu (chętnie już zapomniałam lata osiemdziesiąte), przepychanie się, gniewne okrzyki, kąśliwe uwagi, nieprzyjemnie. Jednak wszystko przemija i w końcu każdy znalazł miejsce siedzące na nie tak znowu wielkiej widowni, acz kilka osób już nie w fotelach, a na bocznych ławeczkach. Zdaje się, że ostatnio stałam w kolejce (bardzo długiej, acz wyluzowanej) kilkanaście lat temu, kiedy do Trójmiasta przyjechał William Wharton. Czytanie Whartona to obciach, jak mawiają rozmaici mądrale, ale lubiłam bardzo niektóre jego książki, szczególnie "Spóźnionych kochanków" i "Niezawinione śmierci". Było to w Sopocie na Monciaku w nieistniejącym już "Kawiarecie". Teraz w tym miejscu stoi Krzywy Domek.

Dzień zapraszał do spaceru. Najpierw na bulwar, gdzie statki i żaglówki prowokują do zrobienia im zdjęć. Ten kudłaty łeb to mój, jednak zwróćcie uwagę na bezchmurne niebo. Jak tu nie lubić września.
Kilka obłoczków w tle, a na pierwszym planie rajskie jabłuszka na trawniku przy bulwarze. Gałązkę obsypaną malutkimi jabłuszkami (nie zerwałam! była obłamana i podeschnięta) przyniosłam do domu na oswajanie jesieni.
Dziś jest Światowy Dzień Serca, na bulwarze można było oddać krew (zrobiłabym to chętnie, ale moja się nie nadaje, niestety), zbadać ciśnienie, poćwiczyć pierwszą pomoc na manekinach, zdobyć wiedzę zdrowotną, a nawet za 10 zł poddać się masażowi grzbietu.
Jako obiad margarita we "Flaucie" przy Skwerze Kościuszki (9 zł za 30 cm średnicy), a potem kino w Gemini. Filmu "Porwanie" nie polecam, ale wybór stanowił ustępstwo na rzecz młodzieńca, z którym spędziłam ten czas.
*
Jeszcze o jednej przyjemności Zeszytowej nie wspomniałam. Miło mi było, gdy Jyoti chciała przeczytać więcej moich wierszy. Mój tomik jest wciąż dostępny u mnie.

poniedziałek, 8 marca 2010

77. Jak spędziłam setną rocznicę dnia kobiet

Z kobietami: bawiąc się i śmiejąc, nie pracując! Najpierw w Gdańsku na żartobliwej minikonferencji naukowej pt. Z męskiego punktu widzenia, a po południu w Tczewie na Klimakterium zalewając się łzami ze śmiechu. Obawiam się, że porobią nam się zakwasy na policzkach :))
Warto było!

niedziela, 7 marca 2010

76. Jak spędziłam wigilię stulecia Dnia Kobiet

Zaproszona wraz z trójką innych kobiet do hali widowiskowo-sportowej w Gdyni na koncert Budki Suflera. Cugowski w wieku sześćdziesięciu lat - wymiata! Zaczęli od "Ain't no sunshine" i skończyli na "Samotnym domu". Satysfakcja gwarantowana!

poniedziałek, 11 stycznia 2010

63. Off topic. Updated 12.01.2010.

 
Ekscytacja wprost mnie roznosi: wybieram się na koncert Jaromira Nohavicy w Filharmonii Bydgoskiej. Niechaj Merkury, Jowisz, święty Krzysztof i wszelkie moce mają w opiece koleje polskie, które podjęły się dowieźć ekipę znad zatoki na miejsce przeznaczenia oraz dostarczyć mnie z powrotem jutro rano do pracy. Enter. Tu słuchamy.

Dzień po koncercie:
12 stycznia 2010 r. 21:40
Na scenę wyszedł swobodny, uśmiechnięty i zadowolony. Nie musiał nam mówić, że chętnie przyjeżdża do Polski, widzieliśmy to sami. Burza oklasków, która go przywitała pokazała już na wstępie, że na widowni zgromadzili się ci, którzy go znają, podziwiają i chcą spotykać, którzy nie z przypadku znaleźli się w tym miejscu w śnieżny styczniowy wieczór, pokonawszy z trudem nieuprzątnięte bydgoskie ulice, a liczni jeszcze dalsze trasy. Był sam, akompaniował sobie na gitarze lub na heligonce, rodzinnym instrumencie, który jego dziadek kupił w początku lat trzydziestych poprzedniego stulecia. Tylko w kilku piosenkach towarzyszył mu znakomity akordeonista warszawski, Robert Kuśmierski. Opowiadał o sobie, o swoich piosenkach, wspominał, żartował, śpiewał, po czesku i po polsku, grał i recytował. Piosenki ważne, poważne, refleksyjne i niepoważne, wesołe, żartobliwe, biesiadne, miłosne i "publicystyczne", własne tłumaczenia Wysockiego, melorecytował kawałki z opery (a capella i unplugged) Mozarta, której libretto przetłumaczył na czeski, recytował swój żartobliwo-liryczny czesko-polski wiersz o miłości Czecha i Polki. Mówił do nas po polsku z uroczym czeskim akcentem, cały czas w kontakcie, życzliwy, pogodny, dawał nam siebie, otwarty i wolny. A my słuchaliśmy, wzruszeni, rozbawieni, klaszcząc entuzjastycznie po każdym utworze, śmiejąc się i czasem roniąc łzy, podśpiewując refreny, piszcząc i pokrzykując, nieomal tańcząc. Szacowne mury filharmonii, ciasne rzędy foteli, a może nasze ograniczenia, zawstydzenie, uleganie konwencjom nie dopuściły jednak do tego. Wiedziałam, że pięknie gra i śpiewa, a jednak zaskoczył mnie swoją muzykalnością, wirtuozerią i swadą w grze na heligonce, czasem niemal smyczkowym brzmieniem tego niewielkiego instrumentu (a akordeon Roberta Kuśmierskiego brzmiał czasem jak flet, a czasem jak saksofon. Nie wiedziałam, że tyle może ten często niedoceniany i traktowany z lekceważeniem instrument w rękach utalentowanego wykonawcy), zaskoczył i zauroczył swoim głosem szerokim i o pięknej, ciepłej barwie.
Dał nam długi, ponaddwugodzinny koncert, z wieloma  (czterema?) piosenkami na bis, z ukochaną "Kometą" pod sam koniec. A potem wyszedł do holu spotkać się z tymi, którym jeszcze nie było dość tego miłego, pełnego prostoty, mądrego, życzliwego człowieka i podpisywał nam płyty, książki, plakaty, co kto chciał, mimo wielkiej kolejki zwracając się do każdego z osobna, pytając dla kogo ma podpisać (nie przyszłoby mi do głowy prosić o wpis dla siebie, wystarczyłby mi sam autograf, więc zostałam obdarowana ponad oczekiwanie). Narysował mi serduszko, mówiąc: to pierwsze serduszko tego wieczoru i ostatnie, a ja powiedziałam mu, że płakałam, gdy zaśpiewał "Panie prezydencie", piosenkę o człowieku, który pragnie być wysłuchany i o tym, który już nie słucha. Podziękował z wielką serdecznością, solennie, wyraźnie wdzięczny za podzielenie się wzruszeniem.
I tak dopełniło się to spotkanie, a my potem jeszcze, czteroosobowa trójmiejska ekipa, wspominaliśmy, dzieliliśmy się wrażeniami, degustując gruzińskie wino i pojadając mandarynki, i po bardzo krótkiej nocy, o czwartej rano, Skrzatka wstała i poszła na dworzec, by przyjechać do pracy na 9:00, ale udało się dopiero na 10:15, i nikt tego nie miał za złe, bo jej szef to bardzo ludzkie panisko.
Za zainteresowanie i kciuków trzymanie pięknie dziekuję. Anioły sprzyjały: pociąg spóźnił się jakieś nieznaczne 311 sekund, taksówka akurat podjechała, zapłaciliśmy dychu na 4 sztuki (kto to widział takie ceny?), pokoje w akademiku Akademii Muzycznej czekały, niepiękne, ale wysprzątane, ciepłe i niedrogie, a gościnna Filharmonia Pomorska w Bydgoszczy pomieściła wszystkich chętnych. Koncert rozpoczął się punktualnie i trwał uczciwe 2 godziny i 15 minut, a po koncercie artysta z wyraźną przyjemnością podpisywał co kto tam miał.
I może to zabrzmi egzaltowanie (a niech sobie zabrzmi), ale było to jedno z tych, chciałoby się znacznie częstszych, spotkań w życiu, z których człowiek wychodzi lepszy.
A po głowie chodzą mi szczątki zapamiętanych ze szkoły wierszy polskich romantyków, że "piękno na to jest by zachwycało" i że "z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, dwie tylko, poezja i dobroć".
*
PS. I bardzo miło mi na myśl, że byłam w tym samym mieście, w którym mieszka Brises, i Zygfryd, i gdzie w herbaciarni "Asia" na Wełnianym Rynku spotykają się kujawskopomorskie crafterki.
***
Update 18 stycznia 2010 r.
Chcę o tym pamiętać: mówiąc o przeszłości, powiedział, że lubi myśleć o tych, którzy byli przed nami, oni są ważni, powiedział, my stoimy na ich ramionach. Ten sam obraz występuje we śnie kobiety cytowanym chyba w "Biegnącej z wilkami". Całkowicie się z tym zgadzam, choć dla mnie wciąż jest to jeszcze wyłącznie intelektualne przekonanie. Chcę żyć przesiąknięta tym obrazem, z pokoleń za mną czerpać siłę.