Pokazywanie postów oznaczonych etykietą second hand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą second hand. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 października 2010

130. Tytuł jako ćwiczenie ortograficzne: róża żółta.

W kawiarence "Sułtan"
przed panią róża żółta,
a obok pan, co miał
tę różę i pani dał...
- śpiewała Kalina Jędrusik u Starszych Panów.
Dawno nie było przechwałek lumpeksowych. Pomyśleć, że jakaś H (Helena? Heidi? Hanna? Herta? Halszka? Hedda? Hortensja? Hilda? Hermiona? Honoratka?) utkała misternie z cienkich wełnianych nici mały, 14x15 cm, obrazek z różą i już go nie chciała! Może zresztą był to on (Henryk? Hugo? Herman? Hipolit? Hubert? Hadrian? Heliodor? Hiacynt? Hilary? Herbert?). Z zesłania dla rzeczy niechcianych wyzwoliła go zaprzyjaźniona plastyczka i pokazała na swoich miniwarsztatach tkackich. Na mój szczery zachwyt po prostu mi go podarowała.
Kto by go nie pożądał, niech pierwszy rzuci kamień.

(Zaś mój minigobelin z tychże warsztatów, nazwany czule kulfonem, w który oprócz włóczki wplotłam stare sznurowadła i sznurki trafił na aukcję charytatywną i poszedł za całe 20 zł! Równo 5 lat temu. Zdjęcia brak. Ot, czcze przechwałki).

czwartek, 26 listopada 2009

54. Co można kupić za pół ceny?

- Pół serwetki :)
Kupiony w lumpeksie za złotówkę sweter ozdobiony był szydełkowymi elementami, które wzbudziły moje pożądanie. Nadal pałętają się po domu, a o swetrze słuch dawno zaginął...

sobota, 24 października 2009

38. Maleństwo

Podziwiam hafciarki, sama nie mam cierpliwości, jednak czasem życie wymusza ruchy igłą. Odkryłam rdzawą plamkę na jednym z lumpkowych prezentów w różowym candy i zamaskowałam ją takim kwiatkiem. Na powiększeniu widać przebarwienie pod spodem, w rzeczywistości nie. Hafcik na lnie, dwie nitki Ariadny, ścieg łańcuszkowy i dziergany, w środeczku zawiązałam dwa węzełki na nitce i przeciągnęłam na lewą stronę. Kwiatek z łodyżką mniejszy niż jeden grosz. Nie napracowałam się :)
To bladoróżowy lniany obrus na okrągły stół. W poniedziałek pofrunie do Szarlotek.
*
PS. Odpowiedź na zagadeczkę z poprzedniego posta: A. nie mógł jeść jabłek, bo miał uczulenie na surowe owoce. Co innego szarlotka!

niedziela, 4 października 2009

24. Skąd się biorą misie

Najpierw mnie wcale nie było... Tak się zaczęła opowieść pewnego misia. Ale co było, zanim Babcia zrobiła go na drutach? Opowiem wam bardzo, bardzo starą historię.
Żyliśmy w wielkiej misiowej rodzinie. Nadal żyjemy. Jest nas tam tak dużo, że żaden miś nie jest w stanie policzyć (misie nie są dobre w arytmetyce). Mieszkamy razem, bawimy się, śmiejemy się, a przede wszystkim bardzo się kochamy (nie ma misia, który nie umie kochać). Starsze misie opowiadają o swoich przygodach. Mówią nam, młodym miśkom, że na świecie jest czasem radośnie, czasem trudno, ale każdy jest bardzo ważny i ma coś do zrobienia. I każdy, kto tego chce, może się jakiegoś zadania na ziemi podjąć. A kiedy to zadanie się skończy, wracamy do miśkowej rodziny. Czasem przyglądając się światu z daleka widzimy dzieci w domach i dzieci w przedszkolach, dzieci w sierocińcach i dzieci w szpitalach, wesołe albo samotne, szczęśliwe albo przestraszone, i rodziny, które właśnie czekają na dziecko, i młodych ludzi, którzy dopiero zakochali się w sobie i chcą ukochanej osobie miłość okazać, i starszych ludzi, którzy wracają myślą do dzieciństwa (bo wtedy się dużo wspomina) i oni wszyscy potrzebują misia. I co rusz jeden z nas udaje się na ziemię żegnany słowami "do zobaczenia", bo wiemy, że to rozstanie na krótki czas i wrócimy tu, do miśkowej rodziny.
Na ziemi jest zupełnie inaczej niż w zaświatowej rodzinie. Trzeba mieć formę, postać, kształt. Ludzie i zwierzęta się rodzą, ptaki i jaszczurki wykluwają się z jajek, a misie muszą zostać wyprodukowane. Czasem babcia zrobi misia szydełkiem lub na drutach, czasem mama uszyje ze szmatek albo dziadek lub tata wystruga z drewna. Tak, tak, są i takie misie. Duuużo misiów robi się w Fabryce Zabawek. Gdybyście tam weszli to byście się zdziwili! Na początku nie widać nic podobnego do miśka, tylko słychać gwar, szum, krzątaninę. Są wielkie bele materiału, pluszu, futerka, szpule nici, stosy guziczków i sznury koralików na oczy i noski, ogromne kłęby włókniny do wypychania. I maszyny: maszyny, które kroją materiał, maszyny do szycia, maszyny, które odwracają i wypychają uszyte formy, maszyny do pakowania. I samochody, które rozwożą nas w świat.
Wtedy zaczyna się przygoda. Najpierw przyjeżdżamy do sklepu. Tam jest mnóstwo zabawek i wszyscy są bardzo podnieceni i ciekawi, dokąd trafią. Ciągle o tym rozmawiamy, ale tylko nocą, gdy sklep jest zamknięty. Jak tylko drzwi się otworzą, znowu siedzimy grzecznie na półkach lub czekamy w pudełkach.
Może nie wiecie, że miś na ziemi zapomina swoją miśkową rodzinę. Tak musi być, bo inaczej tak by tęsknił, że nie mógłby wypełniać swojego zadania. Dlatego misie mają bardzo krótką pamięć. To jest taki szczególny dar, który pozwala misiowi nie martwić się, gdy czasem dziecko o nim zapomni i rzuci go w kąt. Miś się wcale nie przejmuje. Miś leży sobie w kąciku i marzy. Misie dużo marzą, i kto jest cierpliwy, może czasem usłyszeć ich opowieści. Tylko trzeba nasłuchiwać spokojnie, najlepiej po ciemku, wtedy marzenia błyszczą i mienią się wszystkimi kolorami jak skrzydła ważki w słońcu.
Ja trafiłem do pewnej rodziny... Ale to historia na inny raz.
Teraz mieszkam u pani Skrzatki. To się nazywa rodzina zastępcza. Skrzatka wysłuchuje moich opowieści, wystukuje je na klawiaturze, a gdy kliknie "publikuj posta" wielu ludzi dowie się, skąd się biorą misie. Takie mam teraz zadanie.




O, a tak wyglądam ciśnięty w kąt. Trochę mi się łapka odpruła.

niedziela, 13 września 2009

17. Sercowa słabość

Sercowa może być biżuteria - szklana, kamienna, z muszli, metalu, plastiku: Serce pojawić się może na polarze, koszulce, pościeli (lumpex), zasłonkach (dawno nie używane, niemodne, ale żal wyrzucić), pareo (dawny prezent zasugerowany):
Albo stanie się staroświeckim szklanym naczynkiem (spadek po Cioci z lewej, szkatułka w środku - u góry część dolna, pod nią wieczko - zakup Mamy z lat 80-tych, a ta z ogonkiem z pchlego targu na Grzegórzeckiej w Krakowie):
Albo wytworem rąk własnych: gniotem z gliny, dłubaninką z kory.
Albo prezentem od zaprzyjaźnionych dzieci: poduszeczką do szpilek ze sztucznego futerka, kartką ze wzorkiem z makaronu.
Albo deseczką, której nie oparłam się jakieś 25 lat temu u Zalipianek w Krakowie (obowiązkowo z sęczkiem!)
Albo sama natura wyrzeźbi kamyki w kształt serc. Do tych mam największą słabość - znalezione przeze mnie nad Bałtykiem w ciągu ostatnich kilku lat:
A to z pewno z pewnością nie wszystkie. Jeszcze w pudle z ozdobami choinkowymi, jeszcze w pudełku z koralikami do nawlekania, jeszcze ukryty pierścioneczek ze złotego drucika od brata z okazji matury, jeszcze szklane ozdoby z werandy, jeszcze serduszkowy dziurkacz, jeszcze zaczęta robótka - szmatkowe serduszko, którego pozazdrościłam Jolince, Joie, Kasandrze, Agutkowi, Monice i wielu, wielu innym rękodzielniczkom.
I oczywiście, last but not least, najnowsze serduszka, wygrane w candy u Enid.
Czy to już choroba czy tylko lekki bzik?

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

13. Miś, który znalazł dom

Skrzatka (prosi, żeby nie mówić do niej "pani", bo się już znamy) powiedziała, że dobrych domów jest wiele, ale tylko jeden jest mój. Mieszka tam pani Aneladgam (to nie jest prawdziwe imię, tylko anagram. Anagram Aneladgam ? - To taki żart, tłumaczy Skrzatka) z małym chłopczykiem.
Skrzatka wytłumaczyła mi również, że ja nie tylko będę miał tam dom, ale że też będę misiem synka Aneladgam . Miś jest dziecku potrzebny, kiedy jest smutne, albo zmęczone, albo ma sekret. Wtedy dziecko przytula misia i mówi mu do ucha swój sekret, albo smutek, albo po prostu zasypia. I po to są misie.
Powiedziała mi też o sercu, to jest takie coś, że się płacze, albo jest się szczęśliwym, albo smutnym, albo się kocha, albo rozpacza. Zapytałem, czy ja też to mam, a Skrzatka odpowiedziała, że gdy Babcia robiła mnie na drutach, to wkładała w tę pracę całe swoje serce i dlatego część jej serca jest we mnie. I dlatego przyczepia mi - jak order - malutkie serduszko, żeby przypominało o tym prawdziwym.
Skrzatka mówi, że Aneladgam ma zmartwienie i że może ona też będzie mnie przytulać i szeptać mi na ucho. I mam jej zawieźć pocieszajki. Pocieszajka nie pomaga na problem, tylko przypomina, że ktoś życzliwie myśli. Każdy ma inne pocieszajki, może to być kamyk, albo guzik, albo list, albo wspomnienie. Skrzatka wybrała dla niej zielone, bo to jest Aneladgam Zielonobloga.
Jutro wyruszam w podróż. Aneladgam chciała zapłacić za mój bilet. Hi, hi, chyba zapomniała, że misie nie potrzebują biletu! Będę jechać 500 km w czymś co się nazywa przesyłka pocztowa. Będzie ciemno, ale wcale się nie boję! W ciemności dobrze się marzy i śni, a potem można opowiadać te marzenia komuś na ucho.
Ja będę śnił, że jadę do domu, w którym czeka na mnie moje IMIĘ.

sobota, 29 sierpnia 2009

12. Miś

Najpierw mnie wcale nie było. Pamiętam cichutkie stukanie, brzękanie, szelest i piosenkę. Babcia robiła na drutach i śpiewała, a potem zszyła dzianinę, wypchała czymś mięciutkim i ciepłym i igiełką wyszyła buzię, nosek i oczy. Na końcu odcięła i pochowała wszystkie nitki i to już byłem ja.
Babcia powiedziała: udałeś mi się, misiu. Stąd wiem, że jestem misiem. Miałem gdzieś pojechać z Babcią i tam zamieszkać, ale coś się stało. Nagle było ciemno i ciasno, wokół pełno było ubrań, zasłon i poduszek i nikt nie wiedział, co z nami będzie. Potem ktoś powiedział: tu to wnieście, i zrobiło się jasno i byliśmy w miejscu, które się nazywa: sklep. Tam posadzili mnie na półce z innymi. I ciągle ktoś podchodził i wybierał, a ja tylko się przewracałem i czekałem. Aż w sobotę przyszła jakaś pani, weszła do sklepu i nic nie oglądała, ani sukienek, ani sweterków, ani bucików, od razu podeszła do mojej półki, wzięła mnie do ręki i tak miło mnie dotykała. Czuła jaki jestem miękki i powiedziała do siebie: taki miękki, miły miś nie może tu zostać. Długo mnie trzymała, nawet na chwilę położyła na krześle, żeby już nikt mnie jej nie zabrał i oglądała piękne tkaniny, a kątem oka cały czas na mnie popatrywała. A jak już wybrała sobie ze sklepu, co chciała, podeszła ze mną do pani Sklepowej i pokazała mnie. Pani Sklepowa położyła mnie na wadze i powiedziała, że ważę 7 deko. Nie wiem co to znaczy. Może, że jestem deko-racyjny. I jeszcze powiedziała pani Skrzatce (tej co mnie znalazła na półce), że musi za mnie zapłacić, ale że to nie będzie bardzo dużo, a pani Skrzatka od razu wyciągnęła portmonetkę i zabrała mnie stamtąd i obiecała, że znajdzie mi dobry dom. I że w tym domu będę już na zawsze. I dostanę imię, bo na razie nie mam imienia. Tylko wiem, że jestem misiem.
No więc może to ty jesteś tą osobą z dobrym domem, która da mi imię. To napisz do pani Skrzatki.

piątek, 28 sierpnia 2009

7. Słonie


Inspirująca torba - łatwy wzór słonia. Sesję zdjęciową zrobiłam w jej rodzimym lumpeksie.

piątek, 14 sierpnia 2009

4. Pstra poduszka


Płaska poduszka z szydełkowych kwadratów, styl babciny bądź hippisowski. Lumpeks, kosztowała 4 zł .

3. Fioletowo poduszkowo


Ikeowska narzuta, mata-dywanik, 3 poszewki fioletowe, króliczek z lawendą w brzuszku - wszystkie z różnych lumpeksów - łącznie nie przekroczyły 15 zł.

Malutka poszeweczka z haftem to vintage z szafy mojej cioci, pochodzi z lat 60-tych.

czwartek, 13 sierpnia 2009

2. Zabawa w kotka i myszkę

Kiedy w latach osiemdziesiątych sklepy świeciły pustkami, zakupy przypominały łowy. Widziałaś ogonek, natychmiast się ustawiałaś, żeby następnie dowiedzieć się "za czym kolejka ta stoi". Z tamtych czasów mam jeszcze różne, kupione, bo "akurat rzucili", zapasy. Kiedy pomalowałam jadalnię na morelowo i urządziłam pierwsze przyjęcie, takiegoż koloru nowiusieńkie prześcieradło posłużyło za obrus. Zaimponowałam gościom: czy kupiłaś obrus pod kolor ścian, czy raczej pomalowałaś ściany na kolor obrusa, pytali. Nikt nie rozpoznał cienkiego, kryzysowego płócienka.

Instynkt łowcy przetrwał zmianę ustroju, pełne sklepy, poprawę warunków finansowych. Nie muszę już polować, ale wciąż mam na to chęć i realizuję ją w lumpeksach. Nie muszę oszczędzać, rzadko czegoś konkretnego potrzebuję, wstępuję więc do "tych sklepów" jak na polowanie sprzed ćwierćwiecza, z zaciekawieniem. Często najpierw coś kupuję, a potem zastanawiam się dla kogo. Czasem wabikiem jest jakość, deseń, faktura, kolor, czasem detale: guziki, hafty, ozdoby.
Z przyjemnością wyszukuję materiały dla koleżanek-rękodzielniczek. Uwielbiam blogi craftowe, imponują mi zwłaszcza kobiety robiące coś z niczego, wzorem żon amerykańskich pionierów, które rozwinęły sztukę patchworku.
Rzeczy, których nie warto kupić nawet za złotówkę, zniszczone, niemodne, nędznej jakości, czasem też mają coś inspirującego. Wczoraj wpadłam na to, że można po prostu cyknąć fotkę (od niedawna mam pierwszy w życiu aparat cyfrowy). Taka nowa forma uzależnienia...

Na zdjęciu: aplikacja ze sztucznego tworzywa, na swetrze z lat dziewięćdziesiątych. Tylko foto.