Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starocie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lipca 2012

233. Moje miasto inaczej. Ze specjalną dedykacją już ona wie dla kogo :)

Moje miasto inaczej proponuje Magda M. http://art-piaskownica.blogspot.com/2012/07/fotogra-edycja-magdym.html.
Zazwyczaj moje miasto fotografowane jest w szerokich planach albo z lotu ptaka, w słoneczny letni dzień. Pokazywane są stare okazałe budynki lub okazałe nowe oraz szczególne położenie geograficzne.
Proszę wycieczki, dziś inaczej czyli detale, po zachodzie, o zmroku, nocą, voilà! Zdjęcia robione o różnych porach roku, opublikowane po raz pierwszy dla celów tego wyzwania.
1. Historia: tego płotka już nie ma. Nowy jest nie tylko nowy, ale i stalowoszary, błee :
 2. Ostatnie blaski dziennego światła, tuż po zachodzie słońca. Mam nadzieję, że balkony pozostaną turkusowe, a prześcieradła będą się suszyć na podwórku, mimo iglaków i wy(pol)brukowanych ścieżek:
 3. Po lepszych czasach pozostała połowa drewnianej ozdoby dawnych drzwi:
 4. Lampa błyskowa przerobiła piękną czerwień na cynober:
 5. Stara kowalska robota:
 6. O domku na drzewie marzyłam będąc dzieckiem:
 7. Moje miasto i jego mieszkańcy:
 8. Jedyne zdjęcie bieżące, zrobione dziś o 9:00. Biedroneczki dobrze się mają w moim mieście:
Dziękuję Państwu za uwagę!

wtorek, 12 czerwca 2012

228. Nie powstrzymam się...

... przed zacytowaniem zdjęcia z bloga Kanadyjki Maggie, które mnie urzekło:

środa, 6 czerwca 2012

227. Świątobliwa zakładka

Zabawa w podaj dalej bardzo szybko rozstrzygnięta, więc dziś coś antycznego: zakładka w kształcie krzyża znajdowała się w stareńkiej amerykańskiej biblii domowej przekazanej pewnej bibliotece przez spadkobiercę właściciela.

sobota, 1 października 2011

184. Kamienie ♥ i ♥ mandale

Zamiłowania do kamieni nauczyła mnie Mama. Od najmłodszego dzieciństwa chodziła z nami dziećmi pieszo z Sopotu do Gdyni plażą, gdzie po drodze spotyka się całe usypiska otoczaków. Mama zwracała uwagę na ich kształt, kolory i rysunek, czasem jakiś zabierała do domu. Ja przerosłam moją mistrzynię i znoszę i zwożę ich do domu więcej niż Polska Norma przewiduje, jak mawiało się za moich lat studenckich. Doszłam więc do momentu, że czasem zamiast taszczyć kolejny eksponat robię po prostu zdjęcie. Poniższy pomniczek (z lewej) ułożyłam dwa lata temu na wielkanocnych wakacjach w Kemer, w Turcji (10-17 kwietnia 2009).

Zawsze jakieś kamienie pętają się po moim pracowym biurku, po pewnym czasie zmieniając właściciela, gdy jakaś interesantka przyjdzie z dzieckiem i trzeba owoż maleństwo czymś zająć podczas załatwiania sprawy. A czasem w zamyśleniu coś po niektórych gryzmolę cienkopisem bądź korektorem w pisaku.
W necie jest wiele blogów osób ozdabiających kamienie. Kanadyjka Margaret (http://resurrectionfern.typepad.com) ubiera je w szydełkowe koronki z nici własnoręcznie farbowanych w barwnikach naturalnych bądź w ciepłe ubranka z wełny lub ozdabia patchworkowo. Utalentowana meksykańska ilustratorka Geninne Zlatkis (http://blogdelanine.blogspot.com) maluje na nich ptaszki, liście, delikatną białą kreską na szaroniebieskawych płaskich otoczakach. W Polsce Unicatella (http://unicatella.blogspot.com) zdobi kamienie w wielobarwne wzory przypominające wyroby artystyczne australijskich Aborygenów. Mam te blogi w zakładkach i z zaciekawieniem śledzę nowe wpisy.
Pisałam już o mojej słabości do motywu serca. Mam ruchomą (wciąż przybywa, ale też wciąż rozdaję) kolekcję kamyków w tym kształcie i czasem układam z nich mandalę ze świeczką w centrum. Zdjęcie zrobione w dzień nie oddaje efektu promienistej czerwonej mandali, jaką tworzą prążkowania lampionika.
Pokazywałam wielokrotnie moje mandale. Kiedy się otworzyłam na ich rysowanie (głównie suchymi pastelami) i malowanie (plakatówkami) zaczęłam je wszędzie dostrzegać. Mandala w sanskrycie znaczy po prostu koło. Mamy je zatem w przyrodzie nieożywionej (otoczaki), roślinach (kwiaty), zwierzętach (meduzy, spiralne muszle ślimaków) i ich częściach (tęczówki), w zjawiskach fizycznych (rozchodzenie się fali), we wzorach chemicznych, w geografii (linia horyzontu), na niebie, kiedy księżyc w lisiej czapie, zaćmienie lub halo wokół słońca. Nic dziwnego, że w końcu praczłowiek musiał wynaleźć koło. I teraz mamy mandale we wszystkich dziedzinach jego wytwórczości: w urbanistyce okrągłe place, w architekturze rotundy, witrażowe i kamienne rozety gotyckich budowli, w życiu codziennym monety i parasole, w twórczości artystycznej i ozdobach: w biżuterii oczka pierścionków, w medalionach, w odznaczeniach za zasługi, w domach świetliki w drzwiach (podobnie jak bulaje w statkach) i okrągłe stoły, taborety, obrusy, koronkowe serwetki (wspaniałe szydełkowe rozety tworzy niezrównany mistrz szydełkowych koronek z Bydgoszczy Zygfryd www.koronekczar.blox.pl), kolorowe łowickie wycinanki, malowane talerze, rzeźbione tace, wieńce i wianki, w kultach religijnych (hostie, monstrancje, znak tao, tajemniczy kreteński dysk z Fajstos), w częściach garderoby: kapelusze, berety, jarmułki, guziki, w technice: koła pojazdów, koła zamachowe i zębate, mutry i podkładki, w grach i zabawach serso, hula hop, ringo, w sporcie spadochron, balony, wirujące w tańcu spódnice kobiet czy płaszcze sufickich derwiszów i inne, których teraz nie pamiętam.
Tę maluteńką serwetkę ze zwykłych nici do szycia zrobiłam w 1994 r. w Genewie. Nie miałam tam robótek, a strasznie za nimi tęskniłam. Znalazłam szydełko i nie pasujące do niego nici i z głowy, czyli z niczego, jak mawia się u mnie w pracy, wydziergałam to maleństwo. Jest wielkości podstawy węższego kubka, służy jako podstawka pod tealight.
A tę szydełkową poduszkę odziedziczyłam po Chrzestnej. W latach osiemdziesiątych uważałam ją za brzydką i niemodną, teraz bardzą ją lubię. Młodość jest okrutnie nietolerancyjna, w każdym razie moja taka była.
Nie pokazywałam jeszcze tej mandali, jest narysowana suchymi pastelami wprost na ścianie. Żeby uzyskać porządne koło, odrysowałam miednicę, a potem wypełniłam jej wnętrze. Pokój wymagałby już malowania, ale szkoda mi na myśl, że ją zamaluję.
Tworzenie mandali to medytacja. Lepiej za dużo nie myśleć, nie planować, nie kombinować. Albo wypełniać plan całkowicie się oddając czynności. Pamiętam tworzenie mandali na piasku na plaży w Sopocie. Trzy kobiety, bosymi stopami, najpierw rysując i ugniatając, potem chodząc po okręgu stworzyłyśmy na zimnym popołudniowym piasku dużą, nietrwałą mandalę. Początkowo ożywione pomysłem, który przyszedł do głowy ot tak, znikąd, wprost z błękitu (jak mówią Anglicy, out of the blue) stopniowo zagłębiłyśmy się w przedziwny, podobny do transu stan, wypełniony spokojną radością czy też radosnym spokojem. Było to daleko za Grand Hotelem, ukochany jednej z nas, który widział to z daleka, z mola, gdzie sprzedawał coś na straganie mówił potem, że nie wiedział, co robimy, ale że wyglądało to jak taniec lub jakiś szamański rytuał.
Bardzo polecam dzisiejszy wpis Kardamonowej, pięknie pisze o układaniu mandali, gdy serce wzburzone.
Moja ulubiona (jeszcze jedna, wszystkie lubię) forma tworzenia mandali: zataczanie kręgów dłonią na wodzie: pięknie, przyjemnie, kojąco i nie ma zmartwienia, co z tym potem: nie zostaje nic.
Albo wrzuć kamyk do wody i zapatrz się.

czwartek, 26 maja 2011

157. Dzień Matki


Taki żartobliwy wierszyk wysłałam mojej Mamie z obczyzny, na której przebywałam dobrowolnie 16 lat temu. Mama cieszyła się jeszcze życiem i dobrym zdrowiem, a 2,5 roku później nieoczekiwanie "pa, pa" zrobiła i odeszła.
Może będzie Wam się chciało czytać z obrazka. Wiersz-list ozdobiłam jedynymi wycinankami, jakie umiałam wtedy zrobić, żółte kartki pewnie były jedyne dostępne, dół obcięty, bo zbyt osobisty. Ciekawe kto pierwszy znajdzie błąd? Jakaś mininagródka będzie. Odpowiedzi proszę na skrzat.ka małpa wp.pl. Jak będzie więcej to wylosuję laureatkę/laureata.

Update 27.05 godz. 14:04
Nie chodzi o ortografię czy nietypowe formy wyrazów, to są zabiegi stylistyczne dla podkreślenia żartu.
Błąd ma charakter rzeczowy.

Update 29.05 godz. 22:50
Prawidłowa odpowiedź: powinno być sześć miliardów, a nie milionów ludzi na świecie. Pierwsza znalazła błąd Kachasek i do niej pofrunie mininagródka. Gratuluję!

środa, 27 października 2010

130. Tytuł jako ćwiczenie ortograficzne: róża żółta.

W kawiarence "Sułtan"
przed panią róża żółta,
a obok pan, co miał
tę różę i pani dał...
- śpiewała Kalina Jędrusik u Starszych Panów.
Dawno nie było przechwałek lumpeksowych. Pomyśleć, że jakaś H (Helena? Heidi? Hanna? Herta? Halszka? Hedda? Hortensja? Hilda? Hermiona? Honoratka?) utkała misternie z cienkich wełnianych nici mały, 14x15 cm, obrazek z różą i już go nie chciała! Może zresztą był to on (Henryk? Hugo? Herman? Hipolit? Hubert? Hadrian? Heliodor? Hiacynt? Hilary? Herbert?). Z zesłania dla rzeczy niechcianych wyzwoliła go zaprzyjaźniona plastyczka i pokazała na swoich miniwarsztatach tkackich. Na mój szczery zachwyt po prostu mi go podarowała.
Kto by go nie pożądał, niech pierwszy rzuci kamień.

(Zaś mój minigobelin z tychże warsztatów, nazwany czule kulfonem, w który oprócz włóczki wplotłam stare sznurowadła i sznurki trafił na aukcję charytatywną i poszedł za całe 20 zł! Równo 5 lat temu. Zdjęcia brak. Ot, czcze przechwałki).

środa, 6 października 2010

116. Odnaleziona fotografia. Jesienne melancholijne snuje

Pyzata buzia bez makijażu, gładka fryzura, szyte w domu ubranie, na szyi łańcuszek z medalikiem skrytym za brzegiem dekoltu. Jedyny znak próżności: ogromna, ciemna kokarda we włosach. 1 czerwca 1924 r.
Moja Babcia, lat 17 i pół, zadedykowała to zdjęcie swojemu przyszłemu mężowi, mojemu Dziadkowi. Ślub odbędzie się za trzy lata, za cztery i pół roku urodzi się ich jedyne dziecko, skrzacia Matka. Czy już to wiedzą, przeczuwają, pragną? Jak się spotkali? W tamtym małym mieście podobno wszyscy się wtedy znali z widzenia. Po latach Dziadek wspominał z nieustającym zdumieniem: ona, taka ładna, i chciała mnie, brzydkiego. Wtedy napisał dla niej wiersz. Spisałam go, gdy jeszcze oboje żyli, miałam może 13 lat, zadeklamował go kiedyś w przypływie rozrzewnienia. Nie wiem, czy i gdzie go mam. Pamiętam tylko dwa pierwsze wersy:
Ach, wzleć, skowronku, ponad Tatrów szczyty,
wysoko, wysoko w chmurach ukryty...
I dalej coś, żeby zaniósł ptaszek ukochanej, co? wyrazy miłości? Zapewne, nie pamiętam. Dziadek swój utwór (prawdopodobnie jedyny) zapamiętał na całe życie.
Skąd to zdjęcie znalazło się w domu mojej Chrzestnej, szwagierki adresata dedykacji? Tam je znalazłam po Jej śmierci, Dziadek już wtedy nie żył od 19 lat. Pytania, na które już nikt nie odpowie. Jedno jest pewne: z Niej i z Niego jestem w jednej ćwierci.

wtorek, 7 września 2010

108. Sherlock Holmes na tropie ;)

Szukając starych papierów na wymianę z Deb przeglądam takie zasoby w domu, o których dawno już nawet nie myślałam. Stare zdjęcia, które być może dla mnie ostatniej coś jeszcze znaczą, bo rozpoznaję na nich młode twarze Babci i Dziadka (mieszkam w mieszkaniu, do którego wprowadzili się w 1945 r. przywożąc ze starego życia trochę drobnych przedmiotów, ubrań, pamiątek, kilka książek), stare nuty, z których od 70 lat nikt nie grał, poniemieckie książki, szpargały. Kurz mimo zamkniętych drzwiczek i szuflad, zetlały papier, pokruszony klej. Spośród tego wszystkiego rzeczy, które dla mnie nie mają wartości polecą za ocean. Jak zdjęcie powyżej. Naklejone na półkredowy papier i przyklejone do szyby musiało kiedyś być oprawione i zdobić ścianę czy biurko (pewnie ścianę, bo ich przedwojenne mieszkanie nie było zbyt wielkie). Były na to dowody, które unicestwiłam wilgotną gąbką, dowody w postaci starożytnych muszych odchodów.
Oprawione, zatem ważne. Mające wartość sentymentalną, tworzące własny mit młodej rodziny, dokumentujące jej ważność, status, pozycję, stan materialny, intelektualny, a może towarzyski? Nie wiem, nie znalazłam na zdjęciu znajomej twarzy, a przecież, gdyby jej nie było, nie przechowywaliby tak pieczołowicie starej fotografii. Zatem, pomyślałam, może twarz Babci (Dziadka na tym zdjęciu nie ma), została, jak to często mi się zdarza, przysłonięta czyjąś głową i widać jej np. tylko oczy i czoło? To jest trop! Bingo! Jeśli jest na tym zdjęciu, a musi być, skoro je przechowano, to może to być tylko młoda kobieta, której widać pół czoła i jedno oko oraz puszyste, falujące włosy, w białej bluzce i z kwiatami (kto ciekaw: pod prawym portretem, ledwie widoczna za wysokim młodzieńcem o wybitnych uszach).
I cóż to za impreza? Aula jakby szkolna, ale na koniec roku za mało uroczyście, za mało solennego pozowania, niektórzy jeszcze przepychają się na swoje miejsca, rozglądają, gadają, gestykulują. Podłoga zaśmiecona, jakby resztki serpentyn i rzeczywiście, kilka osób udekorowało się serpentynami. Ale to nie karnawał, bo stroje nie wieczorowe tylko wiosenne.
Ostrożnie odklejam od szyby, jeśli pojedzie do Ameryki to przecież bez szkła. Fotografia przyklejona do tła. Podważam, klej częściowo puszcza, na szczęście oprawiaczowi nie chciało się smarować całej powierzchni. Jest podpis, rzadkość, większość starych zdjęć nie jest datowana, dobrze, jeśli trafi się pieczęć zakładu fotograficznego. Czy to rękopis Babci? Znam jej pismo z czasów, kiedy miała 60 lat. Domyślam się pierwszych dwóch słow: Zakończenie towarzyskie Zjazdu Współpracowników i Czytelników "Młodej Myśli" Inowrocław 20-V-34.
"Młoda Myśl", o, dzięki Ci, nieoceniony Mr. Google, wydawana była przez Straż Przednią przy Państwowym Gimnazjum w Inowrocławiu jako czasopismo młodzieży szkolnej ziem zachodnich Polski od 1934 r. W "Jagiellonce" zachował się jeden egzemplarz z początku 1935 r. Przedtem (1925-33) o takim tytule pismo Uczniowskiego Stowarzyszenia Spółdzielczego "Bratnia Pomoc" przy Państwowych Seminarjach Nauczycielskich wydawano w Białymstoku. Jeszcze wcześniej był to miesięcznik młodzieży Gimnazjum w Garwolinie. Numer 2 ukazał się w styczniu 1924 r. w formacie 35 x 22 cm i objętości 8 stron. Redaktorem był Jan Pióro, wydawcą Koło Literackie. Redakcja i administracja mieściły się przy ul. Długiej 26. Czas ukazywania i liczba wydanych numerów nieznane. Zapewne zbieżność tytułów przypadkowa.
Co Babcia miała z tym wspólnego? Pisała? Wątpię. Raczej czytała, ale żeby pojechać tak daleko (dzisiejszymi drogami 500 km, a w latach trzydziestych koleją?) na zjazd? 27,5- letnia mężatka, matka 5,5-letniej skrzaciej matki?
Jak mawiał mój Ojciec, najpierw mnie to nie interesowało, a teraz nie ma kogo zapytać...

PS. Czy ktoś rozpoznaje postacie na portretach?

sobota, 13 lutego 2010

72. Walentynka avant la lettre

Nie istniało jeszcze słowo "walentynka", kiedy 4 XI 1928 r. (Skrzacia mama miała się dopiero urodzić) Janek R pisał do wielmożnej pani Karoliny, przyszłej teściowej mojej chrzestnej matki: "W dniu imienin zasyłam serdeczne życzenia". Przyglądam się tej pocztówce, wysłanej w kopercie, więc o znaczku nie ma mowy, sygnowanej jedynie na awersie "HM Paris 59" i zastanawiam się, dlaczego Janek R wysłał szacownej mężatce taką frywolną pocztówkę, a nie kwiatową, jakich wiele w albumie sprzed 90 lat?
Pucołowata zalotna panna z "odkrytki" może mieć z 17 lat, jeśli pocztówka niedawno wydana, to urodziła się być może w 1910 r. - byłaby dziś stulatką!

Druga z kartek niedatowana, a atrament wyblakł do tego stopnia, że odczytać można, w połowie domyślając się (ach, ta redundancja!), tylko niektóre wyrazy: Najserdeczniejsze życzenia Imieninowe zasyła ... podpisu nie sposób odczytać. Jeszcze dopisek: Dla Irenki. Przebacz, w pośpiechu brzydko napisana. Odcyfrowuję imię (Irena, oczywiście), nazwisko nieczytelne i miejscowość: Baranowicze, stamtąd pochodziła rodzina mojego wujka.
Czarnobiałe zdjęcie pokolorowane akwarelami, niechlujnymi pociągnięciami pędzla. Para siedzi na tle byle jak namalowanych dekoracji. Panna ma zwyczajną fryzurę, niejedna dziś tak jeszcze wygląda, a suknia przypomina, excusez-moi, koszulę nocną.

piątek, 1 stycznia 2010

62. Osiemdziesięcioletnia pocztówka noworoczna

Życzenia Nowego 1930 roku zasyłają J.J.x z córkamy.
Łódź 31/XII-1929 r.
Ortografia oryginalna. Jakiego też 1930 roku życzą adresatom państwo x z córkamy nie wiadomo.
Mama mi opowiadała, że przed wojną wysyłało się najpierw kartki z życzeniami świątecznymi i tuż po świętach jeszcze raz, noworoczne.

piątek, 25 grudnia 2009

59. Boże Narodzenie: 10 staroświeckich pocztówek w zabytkowym albumie

Po mojej matce chrzestnej odziedziczyłam wszystko, co miała: rzeczy cenne i bezwartościowe, zwyczajne i szczególne, pamiątki i zwykłe śmieci. W tym dwa albumy starych pocztówek, które jako dziecko i młody człowiek zbierał jej mąż, a mój zmarły jeszcze wcześniej wuj. Kartki bożonarodzeniowe, te datowane, przedstawiam wam tutaj od najmłodszych do najstarszych. Podane daty są być może latami produkcji, na pewno zaś wtedy zostały napisane.
Dwie sześćdziesięciotrzyletnie - obie świeckie - 1946.
1. Oznaczona: Ser.55-15. M-14413. Nowej władzy święta kojarzyły się wyłącznie z zimą:

2. Dzieci wiozą na sankach choinkę i to jest jedyne skojarzenie z Gwiazdką. Uderzające ubóstwo (te cienkie buciki). Dziewczynki nosiły na sukienkach fartuszki jeszcze w moim dzieciństwie (na sukienkach! spodnie były rzadkością). Odzież się wtedy chroniło przed zabrudzeniem czy zniszczeniem, bo prać było trudno, mało kto miał pralkę ("Franię"), o automatach nie wspominając i w ogóle było trudno o wszystko. Nie było tak dużo gotowej konfekcji, a szycie to był wysiłek organizacyjny, czasowy i wreszcie finansowy, jeśli matka sama nie szyła.
I proszę nie regulować odbiorników (to też z mojego dzieciństwa. Napis pojawiał się na ekranie (czarnobiałego) telewizora równie często jak "przepraszamy za usterki"). Zatem nie regulować ostrości - to jest rzeczywista jakość tej pocztówki! Oznaczona: Pastel 543 M-15156.
 3. Siedemdziesięciodwuletnia - świecka - 1937. Logo: w zielonym równoramiennym trójkącie białe litery LP. Obok numer 2920. Skromna, ale ma swój urok:
Dwie siedemdziesięciosześcioletnie - 1933:
4. Religijna. Oznaczona: Wydawnictwo Salonu Malarzy Polskich w Krakowie. Printed in Poland. W owalnym "logo" (to słowo funkcjonuje w polszczyźnie od około 20 lat) napis: AKROPOL KRAKÓW. Ser. 404/62. Mam wrażenie, że takie same można kupić i dziś. Zwróćcie uwagę, jak umieszczono napis:
5. Świecka. Oznaczona kaligraficznymi inicjałami EKC. Sama rozkosz: dziewczynka w podkolanówkach, chłopiec w krótkich spodenkach, a mama w sukni pięknie zdobionej haftem, ale letniej. Napis "Wesołych Świąt" wytłaczany:
Dwie osiemdziesięciolatki - 1929:
6. Religijna. Oznaczenia: "Printed in Germany". "Import 4". Logo: w szarym kwadracie biały okrąg, a w nim inicjały SB. "3154". Napis tłoczony, pozłacana. Ohydna, a jakby nic się nie zmieniło do dziś:
7. Świecka. Oznaczenia: "Printed in Germany". "Import 4". Logo: w szarym kwadracie biały okrąg, a w nim inicjały SB. "2137". Złocone tłoczenie konturów. Podobne liternictwo jak powyżej. Nastrój jak z Disneya:
8. Osiemdziesięciojednoletnia - świecka - 1928. Made in France. Podkolorowane zdjęcie w sepii. Napis tłoczony i embossowany. Co za fryzura u lalki! Zwróćcie uwagę, że wtedy jeszcze pluszowe misie nie były dziećmi, to były dorosłe niedźwiedzie (miały mniejsze głowy niż dzisiejsze). Gołe nogi dzieci:
9. Osiemdziesięciotrzyletnia - świecka - 1926. Made in France - Fabrique en France. Ten sam styl, co sepiowa z 1933 r. tylko zdjęcie podkolorowane. Gołe nogi dzieci. I co za dziwne ozdoby choinkowe (instrumenty muzyczne?):
10. Najstarsza, osiemdziesięcioczteroletnia - świecka - 1925. Wydawnictwo Polskie "PROMIEŃ" Kraków. Logo z inicjałami DN. Późniejszy kolekcjoner pocztówek skończył akurat rok. Rysowana, choć mam wrażenie, że buzie dzieci to fotografie (?). A krakowiaczek wygląda na dziewczynkę, a nawet lalkę!
I na koniec najsłodsza część kolekcji: album.
Data produkcji nieznana.
W najczystszym secesyjnym stylu.