Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 lipca 2013

334. Drobiazgi

Dobrze jest zauważyć, że miejsce po ściętym konarze ma kształt serca,
 docenić grafikę na pudełku zapałek,
 ucieszyć się ze scrapowego klimatu nowych polskich znaczków.
Drobiazgi sprawiają, że - jak powiada Szymborska, "chwilami życie bywa znośne".

poniedziałek, 9 stycznia 2012

206. Styczniowe popołudnie

Wczorajszy widok z mojego okna, tuż przed zachodem słońca pochmurne przez cały orkiestrowofinałowy dzień niebo lekko się przetarło i ofiarowało trochę blasku i barw.

sobota, 1 października 2011

184. Kamienie ♥ i ♥ mandale

Zamiłowania do kamieni nauczyła mnie Mama. Od najmłodszego dzieciństwa chodziła z nami dziećmi pieszo z Sopotu do Gdyni plażą, gdzie po drodze spotyka się całe usypiska otoczaków. Mama zwracała uwagę na ich kształt, kolory i rysunek, czasem jakiś zabierała do domu. Ja przerosłam moją mistrzynię i znoszę i zwożę ich do domu więcej niż Polska Norma przewiduje, jak mawiało się za moich lat studenckich. Doszłam więc do momentu, że czasem zamiast taszczyć kolejny eksponat robię po prostu zdjęcie. Poniższy pomniczek (z lewej) ułożyłam dwa lata temu na wielkanocnych wakacjach w Kemer, w Turcji (10-17 kwietnia 2009).

Zawsze jakieś kamienie pętają się po moim pracowym biurku, po pewnym czasie zmieniając właściciela, gdy jakaś interesantka przyjdzie z dzieckiem i trzeba owoż maleństwo czymś zająć podczas załatwiania sprawy. A czasem w zamyśleniu coś po niektórych gryzmolę cienkopisem bądź korektorem w pisaku.
W necie jest wiele blogów osób ozdabiających kamienie. Kanadyjka Margaret (http://resurrectionfern.typepad.com) ubiera je w szydełkowe koronki z nici własnoręcznie farbowanych w barwnikach naturalnych bądź w ciepłe ubranka z wełny lub ozdabia patchworkowo. Utalentowana meksykańska ilustratorka Geninne Zlatkis (http://blogdelanine.blogspot.com) maluje na nich ptaszki, liście, delikatną białą kreską na szaroniebieskawych płaskich otoczakach. W Polsce Unicatella (http://unicatella.blogspot.com) zdobi kamienie w wielobarwne wzory przypominające wyroby artystyczne australijskich Aborygenów. Mam te blogi w zakładkach i z zaciekawieniem śledzę nowe wpisy.
Pisałam już o mojej słabości do motywu serca. Mam ruchomą (wciąż przybywa, ale też wciąż rozdaję) kolekcję kamyków w tym kształcie i czasem układam z nich mandalę ze świeczką w centrum. Zdjęcie zrobione w dzień nie oddaje efektu promienistej czerwonej mandali, jaką tworzą prążkowania lampionika.
Pokazywałam wielokrotnie moje mandale. Kiedy się otworzyłam na ich rysowanie (głównie suchymi pastelami) i malowanie (plakatówkami) zaczęłam je wszędzie dostrzegać. Mandala w sanskrycie znaczy po prostu koło. Mamy je zatem w przyrodzie nieożywionej (otoczaki), roślinach (kwiaty), zwierzętach (meduzy, spiralne muszle ślimaków) i ich częściach (tęczówki), w zjawiskach fizycznych (rozchodzenie się fali), we wzorach chemicznych, w geografii (linia horyzontu), na niebie, kiedy księżyc w lisiej czapie, zaćmienie lub halo wokół słońca. Nic dziwnego, że w końcu praczłowiek musiał wynaleźć koło. I teraz mamy mandale we wszystkich dziedzinach jego wytwórczości: w urbanistyce okrągłe place, w architekturze rotundy, witrażowe i kamienne rozety gotyckich budowli, w życiu codziennym monety i parasole, w twórczości artystycznej i ozdobach: w biżuterii oczka pierścionków, w medalionach, w odznaczeniach za zasługi, w domach świetliki w drzwiach (podobnie jak bulaje w statkach) i okrągłe stoły, taborety, obrusy, koronkowe serwetki (wspaniałe szydełkowe rozety tworzy niezrównany mistrz szydełkowych koronek z Bydgoszczy Zygfryd www.koronekczar.blox.pl), kolorowe łowickie wycinanki, malowane talerze, rzeźbione tace, wieńce i wianki, w kultach religijnych (hostie, monstrancje, znak tao, tajemniczy kreteński dysk z Fajstos), w częściach garderoby: kapelusze, berety, jarmułki, guziki, w technice: koła pojazdów, koła zamachowe i zębate, mutry i podkładki, w grach i zabawach serso, hula hop, ringo, w sporcie spadochron, balony, wirujące w tańcu spódnice kobiet czy płaszcze sufickich derwiszów i inne, których teraz nie pamiętam.
Tę maluteńką serwetkę ze zwykłych nici do szycia zrobiłam w 1994 r. w Genewie. Nie miałam tam robótek, a strasznie za nimi tęskniłam. Znalazłam szydełko i nie pasujące do niego nici i z głowy, czyli z niczego, jak mawia się u mnie w pracy, wydziergałam to maleństwo. Jest wielkości podstawy węższego kubka, służy jako podstawka pod tealight.
A tę szydełkową poduszkę odziedziczyłam po Chrzestnej. W latach osiemdziesiątych uważałam ją za brzydką i niemodną, teraz bardzą ją lubię. Młodość jest okrutnie nietolerancyjna, w każdym razie moja taka była.
Nie pokazywałam jeszcze tej mandali, jest narysowana suchymi pastelami wprost na ścianie. Żeby uzyskać porządne koło, odrysowałam miednicę, a potem wypełniłam jej wnętrze. Pokój wymagałby już malowania, ale szkoda mi na myśl, że ją zamaluję.
Tworzenie mandali to medytacja. Lepiej za dużo nie myśleć, nie planować, nie kombinować. Albo wypełniać plan całkowicie się oddając czynności. Pamiętam tworzenie mandali na piasku na plaży w Sopocie. Trzy kobiety, bosymi stopami, najpierw rysując i ugniatając, potem chodząc po okręgu stworzyłyśmy na zimnym popołudniowym piasku dużą, nietrwałą mandalę. Początkowo ożywione pomysłem, który przyszedł do głowy ot tak, znikąd, wprost z błękitu (jak mówią Anglicy, out of the blue) stopniowo zagłębiłyśmy się w przedziwny, podobny do transu stan, wypełniony spokojną radością czy też radosnym spokojem. Było to daleko za Grand Hotelem, ukochany jednej z nas, który widział to z daleka, z mola, gdzie sprzedawał coś na straganie mówił potem, że nie wiedział, co robimy, ale że wyglądało to jak taniec lub jakiś szamański rytuał.
Bardzo polecam dzisiejszy wpis Kardamonowej, pięknie pisze o układaniu mandali, gdy serce wzburzone.
Moja ulubiona (jeszcze jedna, wszystkie lubię) forma tworzenia mandali: zataczanie kręgów dłonią na wodzie: pięknie, przyjemnie, kojąco i nie ma zmartwienia, co z tym potem: nie zostaje nic.
Albo wrzuć kamyk do wody i zapatrz się.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

173. Kawa z kardamonem

Przygoda z ENJOY (post niżej) uwrażliwiła mnie na nowy obszar skrapośmieciowy: papierowe kubki. I, jak to zwykle bywa, kolejny wpadł mi w oko nazajutrz, kiedy głodny młody człowiek poczęstowany przeze mnie zapiekanką z budki poprosił nieśmiało: a czy mogę dostać jeszcze kawę, skoro, gdy kupuje się coś do jedzenia jest ona za złotówkę. Moja niefrasobliwa zgoda nieoczekiwanie zaowocowała kubeczkiem z parującą filiżanką, który natchnął mnie do skomponowania kartki.
Przyznaję, że uwielbiam ją, z wielu przyczyn.
Po pierwsze jest ona, z wyjątkiem bazy z brązowego kartonu, całkowicie śmieciowa. Kawałek gazy, skrawek cynamonowego lnu, obrzępek welonu, strzęp tektury, obrazek z papierowego kubka, stary guzik, kawałek wiekowego sznurka.
Po drugie, jest warstwowa, co mi zawsze imponuje u kartkomaniaczek. Nie licząc bazy, jest 6 warstw.
Po trzecie, zawiera elementy natury lub działania natury (kora brzozy, kamyk z dziurką, szkiełka oszlifowane przez morze).
Po czwarte, zawiera ukochany przeze mnie kształt serduszka (albo prawie) wyżej wymienionego kamyczka i szkiełek.
I po piąte, najważniejsze i wymagające największego gadulstwa, za skojarzenia.
Nie pijam wiele kawy. Właściwie tylko czasem, gdy po źle przespanej nocy (z własnej winy, bo albo coś dłubię jak nakręcona, albo nie chcę się oderwać od wciągającej powieści, albo buszuję po necie) muszę stawić czoła dniowi pracy. Albo w ramach świętowania codzienności (rzadko, ale bywa). Albo, i to jest najmilsze i najrzadsze, jako element integrujący i celebrowanie bycia razem z innymi kobietami. Któraś wtedy ofiaruje się ugotować kawę. Właśnie ugotować, nie: zaparzyć, zalać, rozpuścić, ale z całą celebrą, jak wiedźma nad kotłem pochyla się nad garnkiem z kawą i zamorskimi korzeniami, cynamonem, kardamonem, goździkami, nieomal słyszę jak szepcze zaklęcia, uśmiecha się lekko, i tylko niektórzy widzą, że ukradkiem dodaje tam jeszcze jeden, niewidzialny a niezbędny składnik: serce. A potem, przyciągnięte zapachem i nawołaniami, schodzimy się do stołu znosząc kubki, szklanki i filiżanki i gawędząc niezobowiązująco, śmiejąc się i przekomarzając, a czasem milcząc wspólnie, zamyślone, pijemy ten, z serca przygotowany, czarodziejski napój.
A ponieważ takie zjazdy, posiady w gronie wielu kobiet zdarzają się zazwyczaj w czasie urlopu lub w rzadkie wspólne weekendy, nieodmiennie kojarzą mi się z wakacjami, a te z naturą, nadmorską plażą, lasem, zbieraniem skarbów, patyków, szyszek, kory, muszli, kamyków, szkiełek (te na kartce z tegorocznego krótkiego urlopu wiosną w Barcelonie, w gronie kobiet, rzecz jasna). To chyba już jasne, dlaczego w taki dobry nastrój wprawia mnie ta, skromnymi środkami wykonana, kartka.

sobota, 25 grudnia 2010

niedziela, 7 listopada 2010

133. Pozdrowienia znad morza

dla miłośniczek polskiego wybrzeża (cześć, Kardamonowa!) od:
 Orzechowo koło Ustki: pięknych kamieni pełna plaża, z puszką po piwie na pierwszym planie ;)
 Było jesiennie:
 Latarnia morska w Ustce:
Dziekuję Ci, Basiu.

niedziela, 24 października 2010

127. Ptaszek

"Ptaszek może być ulepiony, uszyty, ufilcowany, namalowany" - zachęca piaskownica. Mój nie spełnia warunku "ręką czyny": jest uformowany z kawałka drewna przez morskie fale.

wtorek, 30 marca 2010

82. Wiosna

Cytat z Pieśni nad Pieśniami (2,11). Dłuższe dni, Wielkanoc, nadzieja. Łączenie się w pary. Gawrony odleciały. Podobno ktoś widział bociana.
ATC na bazie z kawałka plakatu, zdjęcie ze starego podręcznika biologii, gałązka, piórko, biedronkowy dziurkacz.

wtorek, 3 listopada 2009

45. Misz-masz

Łączy je tylko data: wszystkie zrobione przepięknego jesiennego dnia. Dla mawiających "nie lubię listopada" pierwszy był wyjątkiem od reguły: słoneczny, ciepły, pogodny.
1. Sesja w plenerze biedaczka, który pozował przedtem rozpłaszczony na szybie skanera: Lubię sobie pobujać w winie...
2. A potem odpoczywam na ławce na skwerku...
3. Piękno jest banalne, prawda? Cóż, kiedy piękne.
4. I jeszcze: mój ukochany czerwony buk:
5. Piękno w brzydocie: piękno obiektu, brzydota kadru :)
6. Graffiti: ludź
7. Graffiti: ten wzorek lubię bardzo, choć szkoda mi czystego muru
8. Trochę publicystyki:
9. Trochę przekory:
10. Graficiarska autopromocja:
11. Czy to przypadek czy nie, skłania mnie do refleksji nad sacrum i profanum. Od bardzo dawna nieczynny kiosk:
12. W jakim mieście Skrzatka wybierała się na cmentarz? Kto wie, niech nie udaje, że zgaduje!
13. Pełnia:
14. Jest 2.00 w nocy, a ja wciąż nie śpię. Otwieram okno, wdycham głęboko mroźne już powietrze i proszę przyczynę mojej bezsenności o litość: za krótkich kilka godzin wstaję do pracy.
Dziękuję Państwu za uwagę :)

poniedziałek, 28 września 2009

20. Miscellanea czyli groch z kapustą

Muszla, patyk, szkiełko,
kamyk, guzik, szmatka,
potok słów, kropelka serca,
ot, i cała Skrzatka.
Ułożyłam taką fraszkę o postaci blogowej, jaką tu kreuję i po raz kolejny muszę ogłosić bezsilnośc wobec bloggera. Nie chce mi tego wstawić w nagłówku tak, by miało formę wiersza, tylko ciągiem, co nie oddaje rytmu.
:(
To teraz ad rem, czyli do tytułowych rozmaitości.
Najpierw o "patykach".
Ulubiona zabawa z dzieciństwa: z czym to się kojarzy - kształt kamienia, patyka, chmury...
Spacer sprzed miesiąca:
Nr 1
Zając (na dwunastej słuchy)
Nr 2
Kwiat: malwa albo bratek
Nr 3
Koniczynka
Nr 4
Muszla
A wam z czym się kojarzą te drewienka?

***
Kamyki. Żadnych zagadek, same oczywistości: dziurka w kamieniu w kształcie serca (średnica 8 mm):
Malutkie, lepszy fotograf by się nadał, a i tak struktura mnie zachwyca. W rzeczywistości ma 2 cm szerokości:
A kolejne, pęknięte i zabandażowane czy też zabliźnione, ale z widoczną raną to jest mój przemyt z Turcji. Mają zakaz wywozu m.in. kamieni z plaży, czego dowiedziałam się w drodze powrotnej na lotnisko.
Pochwaliłam się koleżance, że jadąc na urlop wiem o miejscu do którego jadę tylko to, że jest tam kamienista plaża. - To przywieź mi kamyk - poprosiła. I oto on:
A to jego druga strona:
Akurat była w trudnej sytuacji, rana w sercu jeszcze bolała...

* * *
A teraz szkiełko, a właściwie szkliwo.
Ilekroć coś wybieram, waham się pomiędzy dwiema skrajnościami. Chciałabym, żeby to było doskonałe, bez skazy, a jednocześnie, żeby miało indywidualne piętno. Jak deska, to z sękiem, jak szkło, to z pęcherzykiem powietrza. Poniżej miska kupiona przed laty w ikei, przy wyjściu, tam gdzie rzeczy uszkodzone, wybrakowane. Taka moja, kochana właśnie z powodu tej plamy - zgrubienia na szkliwie:
I na koniec graffiti. Lubię niektóre napisy na murach.
Moim ulubionym jest (nie mam zdjęcia, niestety) napis na murze otaczającym plac kościelny w Gdyni w końcu lat 80-tych:
Pan Bóg jest fajny chłop.
A poniżej budowa w centrum Gdańska i jaka afirmacja! Ile energii! Zdjęcie zrobione 30 sierpnia:
Nierealne, ale któż zabroni marzyć?

niedziela, 13 września 2009

17. Sercowa słabość

Sercowa może być biżuteria - szklana, kamienna, z muszli, metalu, plastiku: Serce pojawić się może na polarze, koszulce, pościeli (lumpex), zasłonkach (dawno nie używane, niemodne, ale żal wyrzucić), pareo (dawny prezent zasugerowany):
Albo stanie się staroświeckim szklanym naczynkiem (spadek po Cioci z lewej, szkatułka w środku - u góry część dolna, pod nią wieczko - zakup Mamy z lat 80-tych, a ta z ogonkiem z pchlego targu na Grzegórzeckiej w Krakowie):
Albo wytworem rąk własnych: gniotem z gliny, dłubaninką z kory.
Albo prezentem od zaprzyjaźnionych dzieci: poduszeczką do szpilek ze sztucznego futerka, kartką ze wzorkiem z makaronu.
Albo deseczką, której nie oparłam się jakieś 25 lat temu u Zalipianek w Krakowie (obowiązkowo z sęczkiem!)
Albo sama natura wyrzeźbi kamyki w kształt serc. Do tych mam największą słabość - znalezione przeze mnie nad Bałtykiem w ciągu ostatnich kilku lat:
A to z pewno z pewnością nie wszystkie. Jeszcze w pudle z ozdobami choinkowymi, jeszcze w pudełku z koralikami do nawlekania, jeszcze ukryty pierścioneczek ze złotego drucika od brata z okazji matury, jeszcze szklane ozdoby z werandy, jeszcze serduszkowy dziurkacz, jeszcze zaczęta robótka - szmatkowe serduszko, którego pozazdrościłam Jolince, Joie, Kasandrze, Agutkowi, Monice i wielu, wielu innym rękodzielniczkom.
I oczywiście, last but not least, najnowsze serduszka, wygrane w candy u Enid.
Czy to już choroba czy tylko lekki bzik?